czwartek, 25 maja 2017

Blondies z rabarbarem i migdałami


Podobno mężczyźni wolą blondynki. Chyba nigdy tego nie rozstrzygniemy, ale pewne jest to, że w temacie deserów królują czekoladowe mulatki. Jeśli jednak postawimy obok gorzkiej brunetki słodko-kwaśną blondyneczkę to może się okazać, że depcze jej mocno po piętach.

Zainspirowana rabarbarem postanowiłam przygotować przepis, z którym powinna sobie poradzić każda blondynka. Żeby nie było, że głupie żarty o blondynkach opowiadam (sama za takimi nie przepadam), muszę się wytłumaczyć - sama jestem blondie. A właśnie o przepisie na blondies mowa, czyli brownie z białej czekolady.

Musicie mi uwierzyć na słowo, słodkie ciasto z białej czeko idealnie komponuję się z kwaskowatym rabarbarem i skórką pomarańczową. Z wierzchu wyszło chrupiące, w środku wilgotne. Upieczcie mamom w ich święto, albo sobie. Nie pożałujecie :)




Blondies z rabarbarem i migdałami
  • 150 g białej czekolady
  • 100 g masła
  • 2 jajka
  • 80 g trzcinowego cukru lub 100 g białego
  • 250 g mąki pszennej
  • płaska łyżeczka proszku do pieczenia
  • łyżka skórki z pomarańczy
  • 50 g płatków migdałowych + do posypania z wierzchu
  • 3 łodygi rabarbaru
  1. W rondlu topimy masło. Następnie zestawiamy rondel z ognia i dodajemy połamaną białą czekoladę, energicznie mieszamy przez ok. minutę, aż masa się dobrze połączy.
  2. Jajka ubijamy mikserem lub ucieramy ręcznie z cukrem na kogel mogel.
  3. Dodajemy jeszcze ciepłą masę maślano-czekoladową, mieszamy.
  4. Następnie wsypujemy mąkę, dodajemy proszek do pieczenia, płatki migdałowe i świeżo startą skórkę z pomarańczy. Całość dokładnie mieszamy.
  5. Formę keksówkę (12x24cm) wykładamy pergaminem, przekładamy do środka ciasto, wierzch wyrównujemy. Ciasto dekorujemy paskami rabarbaru (nie obieramy) i posypujemy płatkami migdałowymi.
  6. Blondies pieczemy w rozgrzanym piekarniku do temperatury 180 stopni przez 30 minut. Najlepiej smakuje po schłodzeniu w lodówce.
 Tosia

środa, 24 maja 2017

Co zjeść w Japonii (część I)

jedzenie w japonii

... a raczej powinnam ten post zatytuować "co jadłam w Japonii", lub "moje abc japońskiego jedzenia". Bo choć w Kraju Kwitnącej Wiśni spędziłam prawie trzy tygodnie i zjadłam tony jedzenia, po tak krótkim czasie nigdy nie nazwałabym się specjalistką w tej materii. Potraktujcie więc niniejszy post jako mój kulinarny dziennik podróżny i jeśli sami się do Japonii wybieracie, koniecznie zjedzcie wszystko to o czym piszę i jeszcze więcej!

Japońska kuchnia. Każdy bez mrugnięcia okiem wskaże na sushi, lecz z moich obserwacji wynika, że nie jest to tak popularna forma posiłku jak mogłoby się wydawać. Gdy wylądowaliśmy, od razu skierowaliśmy się do najbliższej hotelowi restauracji serwującej tempurę. Wybraliśmy ją przypadkiem, po prostu uznając, że stojąca przed nią kilkuosobowa kolejka dobrze o niej świadczy. Niestety okazało się inaczej.

Przed wyjazdem słyszeliśmy rady, że w Japonii możesz wejść do praktycznie każdej knajpy bo nie ma szans, żeby nie natknąć się na coś pysznego. Nieprawda. Najlepiej zrobić naprawdę dobre rozeznanie w terenie jeszcze przed wyjazdem. Ja byłam tak podekscytowana, że dosłownie miesiącami przegrzebywałam internet w poszukiwaniu idealnych knajpek. Tworzyłam listy, listy rezerwowe i listy rezerwowe od list rezerwowych. Całe szczęście, bo po tej  pierwszej tempurze, odechciało nam się eksperymentów. Na naszej trasie nie pojawiły się już prawie żadne wtopy.

Dużo obiecywałam sobie po japońskim jedzeniu, więc pierwsze spotkanie z tą kuchnią było dla mnie niezłym szokiem. Wszystko wydawało mi się strasznie mdłe, moje europejskie podniebienie nie mogło poradzić sobie z tym, że wszystko jest nieco niedosolone i mało ostre. Postanowiłam jednak, że nic z tym nie zrobię, nie będę prosić o dodatkowy sos sojowy, popłynę z prądem. Dzięki temu parę dni później moje kubki smakowe były już gotowe na nowe smaki, nauczyłam się doceniać piękno każdego produktu, banalne z pozoru smaki, za którymi tęsknię do dziś.

To będzie długa opowieść, dlatego podzielę ją na części.

B jak Bambus

Pędy bambusa są idealnym przykładem tego, jak mocno japońska kuchnia opiera się na sezonowości. Pędy można zjeść tylko przez krótki okres wiosenny, w innych okresach są zbyt twarde. W związku z tym japońskie restauracje czerpią z nich garściami, pojawiają się jako osobne dania, ale też dodatki do innych. Mieliśmy szczęście, że podczas naszego kwietniowego pobytu trafiliśmy na bambusowy sezon i mieliśmy wiele razy szansę posmakować tego specjału.

pędy bambusa


Wyglądem pędy bambusa przypominają po prostu kawałek korzenia. Jeśli kiedyś mieliście okazję zobaczyć jukę, wygląda nieco podobnie. W środku, po obróbce termicznej znajdziemy coś konsystencją przypominające karczocha, a smakiem ziemniaka. Najlepsze pędy bambusa zdarzyło nam się jeść w hotelu z gorącymi źródłami (onsenami), gdzie podano je w masie solnej, którą mieliśmy sami, za pomocą młotka rozbić. Dzięki niej, bambus był niesamowicie soczysty i nie potrzebował żadnych dodatków.

B jak Bonito

Podstawą japońskiej kuchni jest dashi- specyficzny bulion (o którym dalej), a z kolei jego podstawą suszone płatki tuńczyka bonito (katsuobushi). Są niewiarygodnie esencjonalne i są świetnym nośnikiem smaku umami, czyli tak zwanego piątego (po słonym, słodkim, kwaśnym i gorzkim) smaku, który nadaje potrawom tego ostatecznego "och ach!",

płatki bonito


Jak powstają płatki? Nie jest to takie proste. Bonito najpierw jest gotowany, następnie podwójnie wędzony. Po obróbce termicznej następuje proces fermentacji ryby, a ostatnim etapem jest suszenie. Dzięki tym złożonym czynnościom ostateczna forma bonito jest twarda jak kawałek drewna i wtedy właśnie jest ścierana w delikatne, prześwitujące wręcz płatki. Cały proces tworzenia możecie zobaczyć pod tym linkiem, do czego bardzo was zachęcam.
Jeśli podczas podróży planujecie odwiedzić market Tsukiji, na którym odbywają się słynne aukcje tuńczyka, koniecznie poszukajcie stanowiska, przy którym na bieżąco tarty jest bonito. Zawsze zastanawia mnie, kto wpadł na to, żeby tę rybę przygotować właśnie w ten sposób. Geniusz.

Płatki wykorzystywane są nie tylko jako baza do bulionu dashi, lecz również jako aromatyczna posypka do innych dań. Doświadczyliśmy ich na kulkach z ośmiornicy takoyaki (o tym dalej), są też elementem najlepszej przyprawy jaką przywiozłam z japonii- mieszanki tych właśnie z prażonym sezamem i solą.

Bonito oczywiście może być spożywany nie tylko w formie płatków, dwa razy udało nam się przetestować go w formie sashimi. Efekt wow gwarantowany. Jakbym miała wybrać 3 rzeczy, dla których warto wybrać się do Japonii, bonito byłby jedną z nich. Niewiarygodnie delikatny, pyszny, rozpływający się w ustach. Takich rzeczy nie da się chyba doświadczyć na Starym Kontynencie.

tuńczyk bonito


D jak Dashi

O dashi można by pisać pieśni. To podstawa tak wielu dań, tak jak nasz rodzimy bulion. Różnica jest jednak ogromna. Podczas gdy my gotujemy (czasem godzinami) kości, mięsiwa i warzywa, Japończycy swój aromatyczny bulion postawili ograniczyć do dwóch składników: wodorostów kombu oraz płatków tuńczyka bonito. Obróbka termiczna trwa dosłownie kilka minut, choć cały proces przygotowania mocno wydłuża się ze względu na konieczność namaczania glonów i dwukrotnego czekania aż składniki ostygną.

Jak przygotować dashi? Podeprę się tu przepisem, który znalazłam w sieci, a z którego korzystałam już kilka razy.
- 20 g suszonych glonów kombu*
- 30 g suszonych płatków tuńczyka bonito*
- 1 litr wody

Glony lekko oczyść ręcznikiem papierowym, zrób na nich nacięcia nożyczkami i włóż do wody o temperaturze pokojowej. Mocz około 3 godziny, a po tym czasie zauważysz, że mocno "urosły" dzięki pochłonięciu wody. Ustaw garnek na średnim ogniu. Bezpośrednio przed zagotowaniem się wody wyjmij glony i ostudź wodę.
Gdy woda ostygnie, dodaj płatki tuńczyka i zagotuj. Od momentu zagotowania poczekaj 30 sekund i zdejmij z ognia. Poczekaj 10 minut aż płatki opadną na dno i odcedź bulion, najlepiej przez sitko i gazę, aby powstał bardzo klarowny płyn.

* zdaję sobie sprawę, że te składniki brzmią bardzo egzotycznie, ale są do dostania w sklepach internetowych; można podeprzeć się również dashi w proszku, ale to tak jakby użyć kostki rosołowej

Dashi dzieli się na dwa podstawowe rodzaje. Powyższy przepis to przepis na bardzo aromatyczny, używany jako podstawa do wielu dań Ichiban Dashi. Japończycy przygotowują również, co stanowi piękny rodzaj recyclingu jedzenia, Niban Dashi, poprzez ponowne wykorzystanie składników pierwszego dashi. Wystarczy do garnka wrzucić użyte już kombu i płatki bonito, zalać litrem wody i gotować 10 minut, a następnie odcedzić. Ten mniej intensywny bulion może być również użyty do zup lub sosów.

Mam wrażenie, że cała Japonia pachnie dashi. Dosłownie, przechadzając się po ulicach notorycznie spotykaliśmy się z tym zapachem. Byliśmy też bardzo zdziwieni jego zastosowaniem, gdy kupowaliśmy przyprawy. Pani chciała polecić nam różne mieszanki, których jednak, jak to z przyprawami bywa, nie można spożywać na sucho. Nalała więc do małego, plastikowego kieliszka ciepłego dashi z termosu i rozpuściła w nim przyprawę, żeby pokazać jak smakuje. Genialne!

G jak Gyokuro

Naszą podróż zaplanowałam co do minuty. Nie było specjalnie czasu, żeby pozwolić sobie na spontaniczność, choć kilka razy zdarzyło nam się złamać. Wiedziałam jednak, że za wszelką cenę chcę wyrwać się na jednodniową wycieczkę z Kioto do Uji, zwanego stolicą zielonej herbaty. Pech chciał, że akurat tego dnia dopadła nas ulewa, byliśmy jednak mocno nakręceni i zmotywowani, ruszyliśmy do Uji w kompletnie przemoczonych ubraniach i butach. Gdy wysiedliśmy, skierowaliśmy się prosto do informacji turystycznej, pewni, że miła pani wskaże nam drogę do herbacianych pól, które mieliśmy (w naszych wyobrażeniach) zobaczyć na własne oczy. Nic bardziej mylnego.
- Ha! ha! pola herbaciane? To nie tutaj! Tutaj herbata rośnie pod specjalnymi matami, nic nie zobaczycie. 
(nie omieszkała również wskazać na wiszący nad nią, wielki plakat Japonek zbierających zieloną herbatę z komentarzem, że zdjęcie nie zostało wykonane tutaj a baaaaaardzo daleko stąd).
Wskazała więc na mapie miejsca, w których herbatę można kupić i na tym się skończyło.

zielona herbata


Byliśmy mocno poirytowani, z butów wylewała się woda, a my nie mieliśmy się gdzie wysuszyć, a co najgorsze, przyjechaliśmy tam zupełnie bezcelowo. Tak nam się wydawało dopóki przypadkiem nie trafiliśmy na piękną, małą kawiarenkę, serwującą najlepszą zieloną herbatę w Japonii.

Na środku stolików znajdowały się czajniczki z wodą, która trzymała odpowiednią temperaturę, dzięki podgrzewaniu od dołu. Rozsiedliśmy się na małych krzesełkach, a przemiła Pani pokazała nam w formie zdjęciowej, którą herbatę koniecznie należy wypić. Stanęło oczywiście na tej najlepszej, gyokuro (w produkcji której stosuje się specjalne maty do osłonięcia zbiorów przed słońcem, w celu opóźnienia ich wzrostu) jak szaleć to szaleć, trzeba było w jakiś sposób zrekompensować sobie przemoczenie. Cały rytuał różnił się znacznie od mojego wyobrażenia o parzeniu zielonej herbaty. Dostaliśmy cały zestaw, czajnik pełen wody, drugie naczynie do przelania wody, trzecie napełnione liśćmi herbaty i czwarte, czarkę do picia. Z czajnika przelewało się wodę do drugiego naczynia, aby ją ostudzić, następnie zalewało się liście herbaty, przykrywało i czekało około minutę aż się otworzą, a następnie odcedzało herbatę do czarki i piło. Czynności powtarzaliśmy (już bez czekania na otwarcie się liści) aż do wykończenia wody w czajniku, a każdy łyk tracił powoli na intensywności.

A smak? Zaskoczył mnie mocny aromat fermentacji. Z pewnością nie jest to herbata dla każdego, jest bardzo specyficzna, ale spróbować trzeba koniecznie. W kawiarnianym sklepie można było także nabyć samą herbatę, która kosztowała w przeliczeniu, uwaga uwaga, 6000 zł za kilogram! Także, jak możecie się domyślić, specjalnie się nie obkupiliśmy.

K jak KitKat

Japonia nie bez powodu nazywana jest stolicą KitKatów. Podobno słowo "kitkat" przypomina japońskie "powodzenia", dlatego często batoniki często kupowane są na szczęście. Producent sprytnie to wykorzystał wypuszczając na rynek japoński KitKaty w wielu nietypowych smakach (podobno można znaleźć aż 200 smaków!). I faktycznie, na wielu pudełkach można zaobserwować nawet miejsce na imię obdarowanego.

japońskie kit katy


KitKaty można znaleźć w każdym sklepie spożywczym. Zwykle jednak występują w klasycznych smakach, ogólnodostępne są też o smaku matchy (mniej intensywne dla turystów, bardziej intensywne dla samych Japończyków). Jeśli chcecie natknąć się na takie smaki jak na przykład wasabi, trzeba się trochę naszukać, albo po prostu wiedzieć gdzie je znaleźć. Po długim reaserchu udaliśmy się do sklepu ze słodyczami znajdującego się centrum handlowym First Avenue Tokio Station.

Smaki, na które się natknęliśmy (i oczywiście, które przywieźliśmy ze sobą) to: matcha, wasabi, matcha z kwiatem wiśni, sake, fioletowy batat, melon hokkaido, truskawkowy sernik, czarna herbata, rum z rodzynkami, czerwona fasolka adzuki, jabłko shinshu i pudding. Najlepsze w smaku były chyba te o smaku matchy (tej w wersji dla Japończyków- ciemniejsze opakowanie), jabłka i melona. Nestle pokazuje nawet lokalne KitKaty w formie ilustrowanej mapki.

L jak Lody

Nie jestem wielkim smakoszem lodów, nie zrozumcie mnie źle, niektóre są naprawdę pyszne, ale jeśli mam już zjeść deser, zawsze postawię na jakieś ciasto. To zmieniło się w Japonii po spróbowaniu lodów z matchy.

matcha lody


Na początku spróbowaliśmy ich spontanicznie, z ulicznego kiosku. Już te nas urzekły, choć później zrozumieliśmy, że prawdziwe japońskie lody z zielonej herbaty są mniej kremowe, bardzo intensywnie smakują matchą, są wręcz lekko gorzkawe. Zresztą tak jest z wieloma produktami z matchy, nawet Kit Katy produkowane są w dwóch wariantach, specjalnie dla turystów i specjalnie dla Japończyków (wersja o intensywniejszym smaku). Zarówno lody jak i Kit Katy polecam jednak zdecydowanie w wersji japońskiej.

Oprócz matchy urzekły mnie też lody z czerwonej fasoli azuki. Myślicie, lody z fasoli? Też tak do tego podchodziłam, ale w Japonii czerwona fasola jest bardzo powszechnie stosowana w słodyczach. Zwykle zalewana jest słodkim syropem i traktowana jako polewa. Spotkałam się również z pastą, która może też służyć jako nadzienie do ciastek (na przykład słynnych rybek tayaki, o których będzie mowa później). Ale wróćmy do lodów z fasoli, zaskoczyły mnie nieco konsystencją, ale w smaku zakochałam się od razu.

Najlepsze lody z matchy i czerwonej fasoli zjedliśmy w Tokio w restauracji Aoya (jeśli tam traficie, koniecznie spróbujcie też sernika z matchy!), do której trafiliśmy dzięki i wraz z Marianną z Coutellerie, która na nasze szczęście wylądowała w Tokio w tym samym czasie.

L jak Lotos

Jak już wspominałam, pierwszego dnia wylądowaliśmy na przypadkowej tempurze. Poza klasycznymi, znanymi mi warzywami i owocami morza dostrzegłam coś dziwnego. Owe coś miało dziurki po środku i było raczej twarde. Uznałam, że to jakiś rodzaj twardego bakłażana. Jednak kilka razy później zdarzyło nam się próbować czegoś o tym samym kształcie i zaczęłam dopytywać, z czym tutaj mamy do czynienia. Okazało się, że twardy bakłażan to nic innego jak korzeń lotosu.

W tempurze nie był dla mnie zbyt smaczny, ale już w wersji gotowanej okazał się niezwykle interesujący. Jego mączna konsytencja przypominała nieco bardziej egzotycznego ziemniaka, a co tu dużo mówić, kocham ziemniaki.

M jak Matcha

Muszę się przyznać, że przed wyjazdem do Japonii niespecjalnie ekscytował mnie smak matchy. Czystą formę, powiedzmy "dało się wypić", w deserach kompletnie do mnie nie przemawiała, a jedyne matcha latte, które wypiłam w jednej z gdańskich kawiarni smakowało jak zmiksowany z mlekiem szpinak (jak się okazało, tak obrzydliwy aromat otrzymujemy w wyniku użycia zbyt wysokiej temperatury, a ja padłam ofiarą tego błędu). Pomyślałam sobie, nie dla mnie te piękne zielone filiżanki z fantazyjnymi mlecznymi wzorami, które tak pięknie wyglądają na zdjęciach.



Matchy, naturalnie, dałam drugą szansę w Japonii i z miejsca się zakochałam. Nie wiem, czy to urok miejsca, czy po prostu ktoś mi ją wreszcie porządnie zaparzył. Ale, zanim powiem o smaku, wróćmy do teorii. Matcha, podobnie jak wspomniana wcześniej Gyokuro, przez kilka tygodni leżakuje pod przykryciem specjalnych mat, aby osłonić zbiory przed słońcem i spowolnić ich wzrost. Dodatkowo, matcha produkowana jest z samych liści (odrzucane są łodygi i żyłki). Herbata jest mielona na delikatny proszek o intensywnie zielonym kolorze, a po rozpuszczeniu jej w wodzie możemy cieszyć się jej wspaniałym smakiem.

Jak przygotować matchę? Ceremonia zaczyna się od nałożenia małej porcji proszku za pomocą drewnianego wygiętego patyczka zwanego chashaku do czarki, która w przypadku matchy przypomina bardziej miskę niż klasyczną czarkę do zielonej herbaty. Matcha zalewana jest wodą o temperaturze 70-85 stopni, a następnie roztrzepywana za pomocą bambusowego pędzelka zwanego chasen, aby w herbacie nie zrobiły się grudki. Dzięki roztrzepywaniu pędzelkiem, matcha jest mocno spieniona. Instrukcję parzenia herbaty możecie zobaczyć na tym filmie.



Niektóre rodzaje herbaty są bardziej gorzkie, niektóre nieco mniej, jednak zawsze wyczuwalna jest lekka goryczka. Często w zestawie z herbatą podawane są małe japońskie słodycze, wagashi. Jednak zupełnie do mnie nie trafiają, dla mnie są kompletnie niejadalne.

Japończycy szaleją na punkcie matchy, na każdym kroku można znaleźć dania i produkty o smaku ich ulubionej zielonej herbaty. Od słodyczy, lodów po... makaron.

Ciąg dalszy nastąpi. 

Śliwka

czwartek, 18 maja 2017

Pełnoziarnista tarta z rabarbarem i mango



Dziwienie się sprawia, że nasze życie nie jest nudne. Dlatego pozwalam sobie się czasem dziwić i cieszyć tym uczuciem. Ostatnio wszystkich zdumiewa pogoda, bo jeszcze kilka dni temu padał w Trójmieście śnieg, a tu nagle przyszło lato. Być może gdzieś po drodze zabrakło w tym szaleństwie wiosny, ale najważniejsze, że nie brakuje jej na straganach. Co roku szokuje mnie rabarbar tym, że jest warzywem. I chociaż lubię go wykorzystywać w wytrawnych kombinacjach (polecam np. stir fry z rabarbarem i wołowiną lub sałatkę z kaczką i pieczonym rabarbarem), to jednak nie ma to jak słodko-kwaśne ciasto z rabarbarem.

Rabarbar powitałam drożdżowymi buchtami z kruszonką, ale zaraz potem nabrałam ochoty na jakiś kruchy placek. Aby był trochę bardziej fit zdecydowałam, że kruche ciasto przejdzie drobne modyfikacje. Wybrałam mąkę pełnoziarnistą, zamiast masła wykorzystałam nierafinowany olej kokosowy (wiem, że ma też swoich przeciwników, w takich samych proporcjach można użyć masło), a cukier wybrałam trzcinowy. Rabarbar połączyłam z mango, bo przeczuwałam, że stworzą udany duet. Jeszcze ciepła tarta z gałką lodów sprawiła, że znów się zdziwiłam, że wyszło tak pysznie ;)



Pełnoziarnista tarta z rabarbarem i mango/ok. 23 cm
Ciasto:
  • 300 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 100 g cukru trzcinowego
  • 190 g zimnego masła lub schłodzonego oleju kokosowego
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • 2-3 łyżki zimnej wody
Nadzienie:
  • 300 g rabarbaru
  • mango
  • 4 łyżki cukru trzcinowego
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej 
  1. Mąkę wsypujemy do misy lub na blat. Dodajemy schłodzony olej kokosowy lub posiekane zimne masło. Wbijamy jajka, dodajemy cukier i sól. Całość krótko zagniatamy do połączenia składników w kulę.
  2. Kulę ciasta wkładamy do lodówki na 40 minut.
  3. W tym czasie rabarbar kroimy w paseczki (nie obieramy), mango obieramy i  kroimy w kostkę. Dodajemy cukier oraz mąkę ziemniaczaną, całość mieszamy.
  4. Schłodzone ciasto przekładamy na oprószony mąką blat. Dzielimy na dwie części, jedną z nich wałkujemy na okrągły placek, który przekładamy do karbowanej formy do tary.
  5. Nakłuwamy ciasto z wierzchu widelcem, przekładamy do środka wcześniej przygotowany farsz.
  6. Drugą część ciasta wałkujemy i wycinamy małą foremką serduszka, którymi dekorujemy wierzch przyszłej tarty.
  7. Placek wkładamy do rozgrzanego piekarnika, pieczemy przez 20 minut w 190 stopniach, następnie zmniejszamy temperaturę do 170 stopni i pieczemy jeszcze 25 minut.
  8. Tartę serwujemy na ciepło lub na zimno z lodami.
Tosia

poniedziałek, 15 maja 2017

Pizza z beszamelem, szparagami, kalafiorem i halloumi


Proszę nam wybaczyć tę ciszę na blogu, już się zabieramy do pracy i powracamy z nowymi przepisami!

Na straganach w końcu zrobiło się kolorowo, grzechem byłoby nie korzystać ze wszystkich sezonowych warzyw, które cieszą oczy na każdym kroku. Po zimie chyba najbardziej czekam zawsze na szparagi, a ich pojawienie się w warzywniakach daje nadzieję, że od teraz do jesieni będzie już tylko lepiej :)

Oczywiście pierwsze szparagi najlepiej zjeść z jajkiem w koszulce i sosem holenderskim, ale kiedy przechodzi już pierwsza ekscytacja jedzenia ich w prosty sposób, można poszaleć i upiec z nimi np. pizzę.

Majówkę spędziłam na Kaszubach u znajomych, którzy mają w ogrodzie piec do pizzy. Zrobiliśmy pizza party i spontanicznie dobieraliśmy dodatki. W pewnym momencie okazało się, że zabraknie pomidorowego sosu, więc szybko zrobiłam beszamel. W kuchni nie było gałki muszkatołowej, więc sos przyprawiłam Garam masla, wyszło bardzo ciekawie.

Uśmiechał się do nas kalafior, pieczarki, a także młody czosnek i tak powstała rewelacyjna pizza. Obiecałam sobie, że podobną zrobię w domu. Co prawda w piekarniku może już nie będzie taka "pro", ale moim zdaniem też jest ok i na pewno wyjdzie lepiej niż osiedlowa pizza "ciężarówka".

Na mojej pizzy wylądował beszamel i wcześniej wspomniany kalafior, ale tym razem wykorzystałam także szparagi i ser halloumi. Palce lizać!



Pizza z beszamelem, szparagami, kalafiorem i halloumi
Ciasto:
  • 250 g mąki pszennej typ 550 lub 650
  • 5 g suszonych drożdży instant lub 10 g świeżych drożdży *
  • łyżka oliwy
  • łyżeczka soli
  • 180 ml letniej wody
  • kasza manna (do podsypania)
Beszamel:
  • łyżka masła
  • łyżka mąki pszennej
  • 200 ml zimnego mleka
  • 1/2 łyżeczki świeżo mielonej gałki muszkatołowej
  • szczypta soli
  • szczypta pieprzu
  • szczypta cukru
Dodatki:
  • szparagi
  • kalafior
  • ser halloumi
  • czosnek
  • kolendra
  1.  Mąkę wsypujemy do misy, dodajemy drożdże, sól. Wlewamy letnią wodę na przemian z oliwą i wyrabiamy ciasto ręcznie lub mikserem przez ok. 5 minut, aż osiągnie formę elastycznej kuli. 
  2. Przekładamy je do misy skropionej oliwą, przykrywamy ściereczką i zostawiamy na godzinę w ciepłym miejscu.
  3. W tym czasie w rondlu topimy masło, dodajemy po łyżce mąki i podsmażamy, aż uzyskamy złocistą zasmażkę. Wlewamy stopniowo zimne mleko i energicznie mieszamy. Całość gotujemy przez kilka minut, aż sos zacznie gęstnieć. Na koniec przyprawiamy solą, pieprzem, cukrem i gałką muszkatołową.
  4. Wyrośnięte ciasto odgazowujemy uderzając delikatnie pięścią. Ciasto przekładamy na blat, podsypujemy kaszką i delikatnie rozciągamy w dłoni lub wałkujemy na okrągły, cienki placek. 
  5. Pizzę smarujemy z wierzchu beszamelem, dekorujemy szparagami pokrojonymi w paski, różyczkami kalafiora, plastrami sera halloumi i plasterkami czosnku.
  6. Pizzę pieczemy w rozgrzanym piekarniku do 210 stopni przez ok. 10-12 minut, aż będzie rumiana z wierzchu. Serwujemy z oliwą czosnkową.
* W przypadku świeżych drożdży trzeba przygotować jeszcze zaczyn.

Tosia

niedziela, 23 kwietnia 2017

Śniadanie do łóżka #229: Wiśniowo-bananowy budyń jaglany


Zazwyczaj dzień zaczynam od owsianki, ale tak się złożyło, że słoik z płatkami owsianymi niespodziewanie opustoszał. W lodówce miałam jeszcze trochę ugotowanej kaszy jaglanej, więc mój śniadaniowy wybór padł na budyń. I to wcale nie budyń waniliowy, czy czekoladowy, a budyń jaglany.

Zazwyczaj przygotowuje go w ten sposób, że kaszę miksuję z bananem, mlekiem i kakao lub gorzką czekoladą. Ale tym razem sięgnęłam po mrożone wiśnie, które skarmelizowałam w miodzie, a na koniec podkręciłam limonką.

Wyszła z tego pożywna, różowa jaglanka, którą można serwować zarówno na śniadanie, jak i na deser. Już nie mogę doczekać się lata, kiedy będzie można ją zrobić ze świeżymi owocami!


Wiśniowo-bananowy budyń jaglany
  • 200 g ugotowanej kaszy jaglanej
  • 150 g mrożonych wiśni
  • 3 łyżki miodu
  • sok z 1/2 limonki
  • banan
  1. Wiśnię wrzucamy do rondla, dodajemy miód i podgrzewamy ok. 5 minut, aż owoce się rozmrożą i skarmelizują. Odkładamy 2 łyżki wiśni do ozdoby.
  2. W pojemniku malaksera łączymy ugotowaną kaszę jaglaną, wiśnie (razem z sokiem), sok z limonki i banana. Całość miksujemy na gładką masę.
  3. Budyń dekorujemy wiśniami i bananem.
Tosia

środa, 12 kwietnia 2017

Szpinakowa rolada z chrzanowym twarożkiem i wędzonym łososiem


Jeszcze nie zamknęłam ostatecznie listy świątecznych przepisów, ale pewne jest to, że na moim wielkanocnym stole pojawi się szpinakowa rolada. Pewnie gdzieś już taką widzieliście, a może nawet próbowaliście. Nie ja ją wymyśliłam, ale nie trzeba być Kolumbem, aby opracować swój własny przepis. Tak też zrobiłam, bo uważam, że to fantastyczna i lekka przekąska.

W zeszłym roku dzieliłam się już przepisem (tutaj) na grzybową roladę z kozim serem i szynką dojrzewającą. Tym razem główne skrzypce będzie grał tutaj szpinak. Śmietankowy serek podkręciłam świeżo tartym chrzanem i sokiem z limonki. Całość zawinięta z wędzonym łososiem tworzy niezwykle apetyczne roladki, które pieszczą wiele zmysłów.

Wiosenne zawijasy idealnie pasują na wielkanocne śniadanie, ale to na tyle uniwersalna przekąska, że można ją serwować na imprezach przez cały rok.

Jeśli boicie się, że od chrzanu zakręci Wam się w nosie, możecie lekko zamrozić korzeń. Myślę, że fajnie w serku sprawdziłyby się także suszone pomidory.





Szpinakowa rolada z chrzanowym twarożkiem i wędzonym łososiem
  • 400 g mrożonego szpinaku w listkach
  • garść listków świeżego szpinaku (lub bazylii)
  • 3 jajka
  • ząbek czosnku
  • łyżka klarowanego masła
  • 1/2 łyżeczki świeżo tartej gałki muszkatołowej
  • 200 g serka śmietankowego
  • 3-4 łyżki tartego świeżego chrznau
  • sok z 1/2 limonki
  • łyżeczka suszonego lubczyku
  • 100 g wędzonego łososia
  • sól, pieprz
  1. Na patelnię wrzucamy zamrożony szpinak i podgrzewamy kilka minut, aż się rozmrozi. Szpinak odsączamy z soku, dodajemy łyżeczkę masła, przeciśnięty przez praskę czosnek, świeżo startą gałkę muszkatołową, sól i pieprz. Podsmażamy kilka minut, krótko studzimy.
  2. Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywną pianę. 
  3. Szpinak mieszamy z żółtkami. Do masy dodajemy ubite białka, łączymy delikatnie.
  4. Tak przygotowaną masę przekładamy na blachę wyłożoną pergaminem (można ją dodatkowo posmarować topionym masłem). Rozprowadzamy ją na prawie całej powierzchni blachy, wierzch wyrównujemy łyżką. Omlet pieczemy przez ok. 17 minut w 180 stopniach.
  5. Serek śmietankowy łączymy ze świeżo tartym chrzanem, sokiem z limonki, lubczykiem, solą i pieprzem.
  6. Następnie ciasto studzimy i delikatnie odrywamy od pergaminu. Smarujemy serkiem, wykładamy plastrami łososia i listkami szpinaku. Zawijamy jak roladę, owijamy w folię i wkładamy do lodówki na minimum godzinę.
  7. Przed podaniem roladę kroimy w plastry.
Tosia

wtorek, 11 kwietnia 2017

10 dań na Wielkanoc



Co prawda w Wielkanoc nie ma zwyczaju liczenia świątecznych potraw tak jak w Boże Narodzenie, ale postanowiłyśmy wybrać 10 dań, które sprawią, że tegoroczne święta będą jeszcze piękniejsze! Do wyboru, do koloru, a najlepiej przygotujcie wszystkie :)


1. Faszerowane jajka

Jajka faszerowane surowym kalafiorem
Jajka faszerowane pastą serowo-czosnkową
Jajka faszerowane suszonymi pomidorami oraz jajka z wędzonym łososiem



2. Quiche ze szpinakiem, chrzanem i jajkami


3. Chrzan z imbirem 



4. Sos tatarski


5. Rillettes z łososia


6.  Chrzanowy żurek na zakwasie


7. Mazurek



Mazurek Bounty
Mazurek Dacquoise 
Mazurek z mango curd i bezą
Mini mazurki z solonym karmelem i bananem
Mazurek różany z białą czekoladą
Mazurek z domowym kajmakiem

8. Babka

Czekoladowo-buraczana babka z syropem rozmarynowym
Pomarańczowa babka drożdżowa
Pełnoziarnista babka bananowa z gorzką czekoladą


9. Sernik

Sernik cynamonowo-miodowy
Bananowy sernik z solonym karmelem, czekoladą i popcornem 
Sernik szarlotkowy z owsianą kruszynką i karmelowymi lodami z solą 
Sernik pomarańczowo-czekoladowy
Sernikomakowiec
Sernik różany
Serniczki Baklava
Sernik korzenny z powidłami 



10. Brioszka

Pomarańczowa brioszka 



Więcej wielkanocnych przepisów tutaj.

Tosia i Śliwka

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...