niedziela, 4 grudnia 2016

Burczymifon - listopad

Okiem Śliwki (instagram @sliwkamarta , snapchat sliwkamarta)
| jesienne ciasta | warszawskie opowieści | mam słabość do pięknych stołów | najlepsze śniadania z mintą | pierogowe warsztaty #poswojemu z ikea polska | lofthotel sen pszczoły cz. 1 | cz. 2 | dzień dobry warszawo!| 

| śniadanie w weranda bistro | ostrygi na 4 sposoby w port royal | ruskie rządzą! | niedzielne śniadanie | klasyk | kanapka snickers- twaróg, miód, masło orzechowe | 

Okiem Tosia (instagram @tochabrocha , snapchat tochabrocha)

rogale marcińskie| żurawina cud dziewczyna| sztokholmskie śniadanie| quiche dyniowo-kokosowa| przytulone bułeczki owsiane| #letsgosomewhere| wszystkiego najlepszego kukbuk! | razem w kuchni

gdzie zjeść śniadanie w gdańsku? przewodnik gotowy!| fika| tajemnicza torpedownia| mała czarna| jesienny bukiet| nasze pierwsze warsztaty


czwartek, 1 grudnia 2016

3 dni w Sztokholmie


O wyprawie do Sztokholmu rozmawialiśmy z Pawłem już od kilku lat. Postanowiliśmy działać i spontanicznie kupiliśmy bilety lotnicze. Stwierdziliśmy, że listopadowa pogoda nam nie straszna i warto sobie umilić ten nieprzyjemny miesiąc fajnym weekendem. Trochę martwiliśmy się o legendy na temat niezwykle drogiego miasta, ale czuliśmy się o tyle komfortowo, że mogliśmy się zatrzymać u znajomych.

Do odkrywania uroków miasta podeszliśmy na luzie, zrobiliśmy mały research i zdaliśmy się trochę na spontan. Tak lubimy najbardziej! Zupełnie nie planowałam szykować przewodnika, ale udało mi się zebrać trochę zdjęć, odwiedziliśmy sporo godnych polecenia miejsc. Sporo osób pytało o przewodnik na Snapchacie i Instagramie, zatem zabrałam się za pisanie! Mam nadzieję, że moje wskazówki będą przydatne przy planowaniu wyprawy :)

Początek przygody w Sztokholmie warto zacząć od kupna trzydniowego biletu, który umożliwia nam przejazd wszelkimi środkami komunikacji: metrem, autobusami, tramwajami i promami. Impreza nie jest może tania, bo za jeden bilet zapłacicie aż 230 koron, ale za kilka pojedynczych przejazdów wyszłoby znacznie więcej.

Oczywiście przyjemnie zwiedzać miasto pieszo, poznawać jego zakamarki i tajemnice. Jeśli wybierzecie się do Sztokholmu jesienią lub zimną, to zaufajcie mi, bilet przyda się do sprawnego przemieszczania między dzielnicami, chwilowego ogrzania i dopłyniecia na wyspę Djugården.

Przypuszczam, że pierwszym Waszym skojarzeniem ze szwedzkimi smaczkami są cynamonowe bułeczki. To zupełnie właściwy trop, bowiem można je dostać na każdym kroku. Śmiem nawet twierdzić, że można się od nich szybko uzależnić. My jedliśmy przynajmniej po dwie sztuki każdego dnia. Oczywiście Sztokholm ma do zaoferowania kulinarnie znacznie więcej. Jeśli jednak martwicie się, że zbankrutujecie to gwarantuję, że nie będzie tak źle, zabiorę Was na taką wycieczkę, że Wasze portfele jakoś to przeżyją :)


Dzielnica Södermalm

 
Mieliśmy to szczęście, że zatrzymaliśmy się u Piotra i Kamila, fajnych, zdolnych architektów (pewnie to przeczytają, więc z uprzejmości dopowiem, że całkiem młodych!). Mieszkają w hipsterskiej dzielnicy Södermalm i wiedzą co w sztokholmskiej trawie piszczy. Ich mieszkanie cieszyło moje oczy, ale przecież nie przyjechaliśmy do Sztokholmu, aby siedzieć w domu! Wieczorami gotowaliśmy i popijaliśmy wino, ale w ciągu dnia eksplorowaliśmy miasto.

To jedna z najstarszych dzielnic i zauważyłam, że jest pełna kontrastów. Znajdują się tu stare zabytkowe kamienice, małe drewniane domki, które się pozostałościami po zamieszkującej je kiedyś klasie robotniczej. Zestawione z nowoczesnymi architektonicznymi perełkami tworzą ciekawy obraz. W kościołach organizowane są tu zajęcia jogi, w parkach wyznaczone są specjalne psie strefy, gdzie spacerują okoliczne pudelki i inne kudłacze (ale wszystkie psy włochate). Nie brakuje tutaj też hipsterskich knajp, a do jednej z nich wybraliśmy się na śniadanie.

Bondegatan 64


Pom & Flora to jedna z ulubionych śniadaniowych knajp naszych kolegów. Przed wyjściem uprzedzili nas, że w weekendy trzeba tam czasem poczekać na stolik, ale góra kwadrans. Czekaliśmy 40 minut, prawie zniosłam jajko, ale nie żałuję. Następnym razem trzeba przyjść na drugie śniadanie, albo zabrać ze sobą banana czy jabłko. W między czasie można było poobserwować w jakiej atmosferze celebrują poranek modni lokalesi. Dzieci zabiera się tu na śniadania bez większego stresu, a odważni zostawiają nawet śpiące pociechy w wózkach przed lokalem.

 Muszę przyznać, że wszyscy wyglądają tam jak architekci, ubrani od stóp do głów na czarno, wyróżniają się czasami granatowym lub szarym akcentem. Sama często ubieram się na czarno, ale tego dnia zaszalałam, w moim żółtym sweterku czułam się jak wielkanocny kurczaczek wśród kruków.

Menu jest dosyć krótkie i sprytnie opracowane. Do wyboru wszelkiego rodzaju musy w ceramicznych miseczkach, od modnych smoothie bowl (wzbogaconych o cynamon i chrupiącą grykę), po chia puddingi i banana split w wersji jogurtowej. Drugi rodzaj śniadań to chrupiące grzanki, głównie z awokado. Serwują tu naprawdę genialne pieczywo na zakwasie. Mnie zachwyciła grzanka z kremowym serkiem, awokado, chermoulą, ziarenkami konopi i marynowaną papryczką jalapeno. Panowie wybrali opcję z awokado, rukolą, mieszanką Za'atar i perfekcyjnie ugotowanym jajkiem. Na kaflach w lokalu wypisane są składniki mieszanek przypraw, więc nie trzeba zamawiać w ciemno. Ceny ok. 45-60 koron za porcję.


Śledzik w Nystekt Strömming
 1 Soedermalmstorg



Nie wyobrażam sobie pobytu w Szwecji bez skosztowania porządnego śledzia. Specyficzne zapachy z niepozornej budki Nystekt Strömming unoszą się na całej ulicy. W menu do wyboru świeże śledzie przygotowywane na wiele sposób. My skusiliśmy się na smażonego śledzia serwowanego na chrupiącej grzance, z piklami z czerwonej cebuli i koperkiem. Wyśmienite, a i cena przyjazna (ok. 35 koron). Po przekąsce zostaje już tylko kilka minut spacerem nad wodę, skąd odpływa prom, między innymi na wyspę Djugården.


Wyspa Djugården

Stawiając stopę na lądzie trochę się przeraziłam, bo nagle zgubił się gdzieś typowo skandynawski klimat. Nieczynne wesołe miasto, gdzieniegdzie upiorne neony, kolejka ludzi na show "Mammamia party", automaty do gry i muzeum Abby. Szybko uciekliśmy stamtąd wsiadając w tramwaj, który zawiózł nas w znacznie przyjemniejszą destynację.


Rosendals Trädgård


To miejsce, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia! Wiadomo, że listopad to nie najlepszy miesiąc na długie spacery po kwitnących ogrodach Rosendal, ale typowo jesienna pogoda w niczym nam nie przeszkodziła. Na terenie ogrodów znajdują się połączone ze sobą szklarnie. Uprawiane są tu sezonowe warzywa i owoce, które trafiają do szklanej restauracji i tamtejszego sklepu.

W połączonych ze sobą szklarniach znajduje się kwiaciarnia z przepięknymi designerskimi dodatkami do domu i ogrodu. W kolejnym skrzydle znajduje się strefa gastro, czyli mnóstwo małych stolików w otoczeniu grządek boćwiny, jarmużu i innych zimowych warzyw. W kawiarni znajduje się uwaga - szwedzki stół! Do wyboru kanapki i wypieki z piekarni na terenie ogrodów. Serwują tu świetną kawę  i znakomite (jak wszędzie w Sztokholmie) słodkości. Jednym słowem, idealna sceneria na FIKĘ.

Muszę tu wrócić koniecznie wiosną lub latem, bo na pewno jest tu jeszcze piękniej! Co ciekawe, podobno miejsce nie funkcjonuje w celach komercyjnych, a raczej po to, aby samo na siebie zarabiało. Można to było poczuć w kawiarni, bowiem ceny były całkiem niskie. Marzy mi się prowadzenie takiego konceptu w Trójmieście!


Pieczywo
 

Przyznam, że to lekkie zboczenie zawodowe, ale gdziekolwiek nie pojadę, zwracam sporą uwagę na regionalne wypieki. Zdaję sobie sprawę, że nie jest tak w całej Szwecji, bo w marketach króluje tu też dmuchane pieczywo np. pyszne i niezdrowe podpłomyki Polarbröd. Jednak śmiem twierdzić, że w Sztokholmie naprawdę łatwo dostać dobry chleb. Próbowałam go zarówno w piekarni, jak i w kilku knajpach i za każdym razem mnie zachwycał. Występuje zazwyczaj pod nazwą Levain co po prostu sugeruje, że jest na zakwasie. I rzeczywiście, nawet proste grzanki w knajpach smakowały niczym klasyczny Pain au Levain, czy Tartine Bread.

W wielu częściach miasta można trafić do Fabrique, czyli sieci piekarni, która pięknie rozwinęła się w ciągu kilku lat. Znajdziecie tam oczywiście także typowo szwedzkie słodkości, cynamonowe wypieki i owsiano-czekoladowe kule.


Östermalms Saluhall


W Sztokholmie znajduje się sporo hal targowo-delikatesowych, my z polecenia trafiliśmy do Saluhall w samym centrum miasta. Panuje tam trochę inny klimat niż w hipsterskim Södermalm, śmiem twierdzić, że zamożniejsi lokalesi lubią się kręcić po centrum. 

Zabytkowa hala obecnie jest remontowa, jednak dwa kroki od budynku postawiono tymczasowy obiekt, który w Polsce pewnie mógłby stać 10 lat i wszyscy by się nim zachwycali. Hala z drewnianymi wstawkami prezentowała się znakomicie, jakby zawsze tam stała, a nie tylko na czas remontów. W środku znajduje się sporo delikatesów, stoisk mięsnych, z owocami morza i oczywiście knajpek. 

Wypiliśmy tu kawę z szafranowo-cynamonową bułeczką, spróbowaliśmy kanapki z marynowanymi burakami i klopsikami. A na koniec skusiliśmy się na prawdziwy rarytas, czyli świeże ostrygi. Wybór jest spory, obsługa chętnie doradza w wyborze (po angielsku), ostrygi można dostać już od 18 koron za sztukę. Jeśli skusicie się na serwis na miejscu to dopłacicie dodatkowo jeszcze kilka koron. Ostrygi zaserwowano nam klasycznie z marynowaną szalotką i cytryną, to była zdecydowanie za krótka, lecz intensywna rozkosz.

Stockholms stadsbibliotek


Z niekulinarnych miejsc warto odwiedzić Bibliotekę Publiczną w Sztokholmie. Znajduje się na liście najpiękniejszych bibliotek świata, jej okrągły układ i zbiór książek są imponujące. W środku znajdują się pozycje w ponad 100 językach. A sama biblioteka funkcjonuje od 1928 roku.


Fotografiska - Szwedzkie Muzeum Fotografii 
Stadsgårdshamnen 22
 

Jeśli cenicie sobie sztukę fotografii to koniecznie musicie odwiedzić Fotografiskę. Odbywają się tu zarówno stałe, jak i cykliczne wystawy. My mieliśmy całkiem spore szczęście, bo na pierwszym piętrze królował Anton Corbijn, jego surowe, czarno-białe porterty gwiazd rocka zdecydowanie robią wrażenie. Na ostatnim piętrze muzeum znajduje się knajpa z fantastycznym widokiem na miasto. A na samym dole jest jeszcze sklep wypełniony pięknymi albumami i plakatami.

 Sauna w Hellasgården


Gdzieś na samym końcu miasta znajduje się kompleks wypoczynkowy, między innymi z sauną nad jeziorem. Piotr zabrał nas tam jednego wieczoru byśmy mogli poczuć klimat typowo skandynawskiej sauny. Było ciemno, parno i mokro, więc telefon i aparat zostawiłam oczywiście w szatni. Szwedzi bez problemu obnażają swoje atuty, a spoceni i wygrzani wskakują nago do jeziora. Warto się wyluzować i zaznać trochę ciepła, cena 60 koron za osobę.

Kaffe
Sankt Paulsgatan 17


Kaffe to jedna z najpopularniejszych kawiarni w Sztokholmie. Znajduje się oczywiście w dzielnicy Södermalm, wystrój w środku jest raczej surowy i minimalistyczny, przypomina mi trochę berliński styl. Serwują tu naprawdę niezłą kawę. Dowiedzieliśmy się, że to kultowe miejsce spotkań tutejszych artystów, aktorów, architektów i dziennikarzy. Ubierzcie się na czarno ;)

Kalf & Hansen 
Mariatorget 2
 

Prawdziwy raj dla fanów klopsików! Zaszliśmy tutaj przed wyjazdem i skusiliśmy się na wrapa z klopsikami na wynos. Zjedliśmy go na lotnisku, gdy było ciemno, więc nie mamy zdjęcia, ale był smaczny i godny polecenia. Warzywa wykorzystywane do dań w tej knajpie są ekologiczne, często są pokrzywione co zdecydowanie cieszy Szwedów, bowiem dostanie świeżych owoców i warzyw nie jest w tym mieście wcale takie łatwe. Lokal jest mały, ale zmieści się tu sporo osób, bowiem dodatkowo na ścianie znajdują się schodki z małymi stolikami.

Tosia

poniedziałek, 28 listopada 2016

Śniadanie do łóżka #226: Owsiane ciasteczka z żurawiną



Dzisiaj o śniadaniu, ale bardziej o drugim, tym które zwykle zabieramy gdzieś ze sobą, do skubnięcia, gdy dopadnie nas mały głód. Ciasteczka owsiane. Zdrowa przekąska, która pozwala nam się cieszyć słodyczami z mniejszymi wyrzutami sumienia. Zjadłam już wiele kupnych wersji, ale każda wydawała mi się zbyt "zdrowa" a za mało smaczna. Moi drodzy, nie tym razem. Te ciasteczka są po prostu obłędne!

No ale zacznijmy od początku. Ostatnio napisała do mnie jedna z czytelniczek, której dziecko jest strasznym niejadkiem. Próbowała wszystkiego, starała się do tematu podejść z każdej strony, a on nic, ani kaszki, ani zupy, ani chleba. Zdradziła mi, że jedną z niewielu rzeczy, którą zjadałby w każdej ilości są ciasteczka, ale przecież ciasteczek podawać mu nie będzie. Wtedy wpadłam na pomysł na opracowanie takich ciasteczek, które wprawdzie nie będą pozbawione cukru i masła, ale będą zapewniały zdrowy start.



W moich ciasteczkach dla małych niejadków ( i nie tylko!) znajdziecie pełne wartości odżywczych płatki owsiane, biała pszenna mąka zastąpiona została mąką jaglaną (można też użyć na przykład mąki owsianej) a biały cukier cukrem kokosowym. Wyszłam z założenia, że dla smaku muszę przemycić trochę masła, ale nie ma go tu znowu tak wiele.

Chyba nie muszę wam przypominać, że wielkimi krokami zbliżają się Mikołajki. Myślę że śniadaniowe ciasteczka sprawdzą się idealnie jako wkład do mikołajkowych butów.
A propos świąt, widzicie te pięknie, ręcznie haftowane pościele? Pochodzą ze sklepu nuki.pl i też nieźle sprawdzą się jako prezent.



Szara haftowana pościel- klik
Pościel granatowa- klik
Haftowana poszewka na poduszkę- klik

Owsiane ciasteczka z żurawiną ( około 12 ciastek)

- 200 g płatków owsianych zwykłych
- 100 g mąki jaglanej
- 100 g cukru kokosowego (można użyć trzcinowego)
- 50 g suszonej żurawiny
- pół łyżeczki soli
- 50 g masła
- 1 łyżka masła orzechowego
- 2 jajka
- pół łyżeczki cynamonu
- pół łyżeczki proszku do pieczenia

  1. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.
  2. Mieszamy ze sobą suche składniki: płatki, mąkę, cukier, żurawinę, sól, cynamon i proszek do pieczenia. 
  3. Topimy masło i studzimy. 
  4. Do składników suchych dodajemy jajka, masło orzechowe i stopione masło. Dokładnie mieszamy. 
  5. Wykładamy porcje ciasta łyżką na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (jedną czubatą łyżkę na porcję). Uklepujemy łyżką formując kształt ciasteczka. 
  6. Wkładamy do piekarnika i pieczemy 20 minut. 
  7. Wyjmujemy i studzimy. 
Śliwka

poniedziałek, 21 listopada 2016

Warsztaty #poswojemu w Kuchni Spotkań Ikea


11 listopada ogłosiłyśmy na Facebooku konkurs pod nazwą #poswojemu. Nagrodą jest wspólne gotowanie w Kuchnia Spotkań IKEA w Warszawie. To nie wszystko, bo na drugiej kuchni będzie gotować Jola z bloga Przepisy Joli ze swoimi obserwatorami!

Dwie grupy, dwa pokolenia, ta sama potrawa, ale różne pomysły! Aby wygrać miejsce na warsztatach należało w komentarzu pod postem odpowiedzieć na pytanie: Czym według Ciebie różni się tradycyjna kuchnia od nowoczesnej? Wyłoniłyśmy spośród Was 6 osób, które 25 listopada w godzinach 11:00 - 15:00 wezmą udział w warsztatach. Nie zdradzimy jeszcze pełnego menu, ale możemy podpowiedzieć już teraz, że będziemy dużo - lepić :)

A oto wygrane odpowiedzi (kolejność przypadkowa):

Pat Slomska Dla mnie kuchnia tradycyjna to przede wszystkim kuchnia mojej Babci. Zawsze najlepsza, ta, do której wracam, po krótkich zdradach z wszelkimi współczesnymi trendami. Te zdrady występują, bez nich nie rozwijalabym się, stanelabym w miejscu. Ale to tradycja wygrywa. Kuchnia tradycyjna to Maria Disslowa i jej leguminy, baby ze 100 jaj. To Lucyna Ćwierciakiewiczowa i jej obiady na 5 zł. Tradycja to podstawa, bez której nie byłoby współczesności :)

Natalia Małachowska Pierwsza myśl: tradycyjna kuchnia- to bezkonkurencyjne pierogi ruskie jednej babci oraz pomidorowa z kluskami, racuchy z jabłkami i pulpety w sobie pomidorowym (nie da sie opisać ich smaku <3) drugiej babci; kuchnia nowoczesna- to moje wybryki w kuchni-lekko, świeżo, dużo warzyw i owoców. Mało i często, a nie dużo raz/dwa dziennie. I te wszystkie przykłady z wcześniejszych komentarzy, ktore jak czytałam myślałam "tak tak, to prawda, ma racje..." :)
Ale pózniej pomyslałam, ze tak naprawdę kuchnia tradycyjna, dla mnie, to wszystkie potrawy, którymi poszczycić sie moze dany kraj, region etc. Gdyż to wciąż jest kuchnia, którą je sie współcześnie. Jadąc np do Rosji nie ma szans by nie zjeść soljanki czy blinow, w Polsce bigos, ruskie czy schabowy z ziemniakami i zasmażana kapusta, Włochy to pizza i pasta itp itd. Wszystkie potrawy aktualne tak samo kiedyś jak i dzis. To sa wlasnie potrawy tradycyjne-tradycyjne dla danego regionu. I nie wpłynie na to upływ czasu :)

Aleksandra Hołowacz Kuchnia tradycyjna to stos pożółkłych kartek z napisanymi odręcznie przepisami, męczenie się z ubijaniem piany ręczną trzepaczką, czekanie pół dnia aż ciasto drożdżowe wyrosnie w misce zawiniętej w gruby koc i postawionej na kaloryferze, gotowanie konfitur zawsze w tej samej matalowej misce odziedziczonej po babci i obowiązkowo starą drewnianą łyżką. Nowoczesność w kuchni to termomix, drożdże instant, piramida pięknie wydanych książek kucharskich z całego świata i szuflady pełne kolorowych akcesoriów z Ikei. Ale nie zrozumcie mnie źle, to dzięki nowoczesności możemy w pęłni korzystać z tego co w tradycji najpiękniejsze :)

Aleksandra Magon Tajników kuchni tradycyjnej uczę się od moich kochanych Babć, natomiast w przypadku kuchni nowoczesnej to ja pokazuję im to, czego nie znają.
Tak więc kuchnie tradycyjną od nowoczesnej różni nauczyciel :-).

(To Babcie mi jako berbeciowi pokazywały jak oddzielić żółtko od białka, nie tracąc cierpliwości przy 16 jajku. Ale teraz, jak ja je odwiedzam, pokazuję im lifehacka z sieci z pustą butelką pet. I o to chodzi, dwa skrajnie różne kulinarne światy, ale to nas w pewien sposób łączy, daje wspólny cudny czas.).

Pozdrawiam!


Marysia Niedek Tradycja jest baza, podstawa. Od niej zaczynamy, na jej podstawie wyłaniamy nasze ulubione smaki. A kuchnia nowoczesna jest wypadkowa tej pierwszej. Możemy juz gotować jak chcemy i czym chcemy. Babcia nie skrzyczy za wyjadanie surowego ciasta, a kawałek Brownie na śniadanie zamiast znienawidzonej leguminy może byc nasza nowa tradycja ;)

Kasia Strojna-Szwaj Kuchnia nowoczesna i tradycyjna to dwie siostry, które mimo wspólnych korzeni mocno się od siebie różnią. Nowoczesna czerpie od tradycyjnej zamiłowanie do lokalnych i świeżych produktów, ale dodaje do nich nutkę globalnej fantazji, lekkości i ekotrendu. Tradycyjna zaś jest konserwatywna, ale dla wielu to niezapomniane smaki młodości :D 


Gratulujemy, czekamy na potwierdzenia czy pojawicie się na warsztatach i do zobaczenia! :) 
 

sobota, 19 listopada 2016

Od przedszkola do Opola, czyli przewodnik po kulinarnym szlaku Bifyj


Rewelacyjny żurek w Hotelu Spałka w Kluczborku

Od przedszkola..

Przyznam, że moja wiedza na temat województwa opolskiego do tej pory była dosyć uboga i opierała się głównie na skojarzeniu z Festiwalem Piosenki w Opolu. Dlatego z ogromną przyjemnością wybrałam się na wycieczkę po Opolszczyźnie, w towarzystwie blogerów i dziennikarzy. Oczywiście nie wyobrażam sobie udanej wyprawy bez poznawania nowych smaków, podążaliśmy po kulinarnym szlaku Opolski Bifyj. Zapraszam i Was na smaczną wycieczkę pełną gumiklejek, kołoczów, szpyrek, makówek, krupników i kapusty modro!

W antryju na bifyju

Jeśli nie macie pojęcia czym jest bifyj, nie przejmujcie się, ja też zrobiłam na to hasło wielkie oczy. W gwarze śląskiej to po prostu kredens. Zazwyczaj zajmujący ważne miejsce w sercu domu, czyli w okolicach kuchni. Przechowywano w nim odświętne zastawy i słodkie smakołyki, które można podglądać przez okienko, czasem udekorowane jeszcze fikuśną firanką. Zaproszenie na zwiedzanie kulinarnego szlaku Bifyj potraktowaliśmy jak możliwość podpatrzenia przez szklane drzwiczki jakie skarby kryje Opolszczyzna.

Opolski Bifyj 

Zwiedzanie regionu ułatwiła nam Opolska Regionalna Organizacja Turystyczna tworząc kulinarny przewodnik o wcześniej wspomnianej - kredensowej nazwie. Restauracje, aby trafić do grona wyróżnionych lokali musiały spełniać określone kryteria, serwować regionalne dania, wykorzystywać produkty znajdujące się na Liście Tradycyjnych Produktów Województwa Opolskiego (pełna lista) oraz wyróżniać się wysoką jakością serwowanych potraw.


Rybka lubi pływać - Niemodlin

Wycieczka rozpoczęła się od wizyty w Niemodlinie. Małe miasteczko położone jest na skraju Borów Niemodlińskich i otoczone jest licznymi stawami hodowlanymi pełnymi karpi. W Niemodlinie czas powoli płynie, co mnie zaskoczyło to spora ilość urokliwych zabytków. Znajduje się tu Zamek Książąt Opolskich, w którym nakręcono Jasminum. Moim zdaniem to jeden z piękniejszych polskich filmów.

Pierwsze dokumenty potwierdzające bogatą tradycję hodowli karpia w okolicy sięgają XIV wieku. Ryba kojarzona głównie ze świętami Bożego Narodzenia tutaj serwowana jest także na co dzień, co wynikało między innymi z dużej ilości postnych dni w roku. Karp stał się sporym przysmakiem, a z czasem wyhodowano jego niemodlińską odmianę, która wyróżnia się dużą ilością mięsa, małymi łuskami i wagą w granicach 1,3-2 kg. Odwiedziliśmy Staw Sangów, czyli największy zbiornik wśród stawów niemodlińskich, o powierzchni 58 ha.

Ichtiolog opowiedział nam również o sposobie karmienia karpi, okazuje się, że uwielbiają gluten. Karmione są bowiem pszenicą, a także naturalną paszą. Łowione głównie jesienią, leżakują następnie kilka tygodni w specjalnych wodnych magazynach, dzięki temu ich mięso jest wyjątkowe.

W Niemodlinie odwiedziliśmy pierwszą restaurację na naszym szlaku - "Na wyspie". Lokal znajduje się nad wodą, szkoda, że widok był zasłonięty firanką, ale jestem pewna, że w okresie wiosenno-wakacyjnym cudownie siedzi się na drewnianym tarasie. Zaserwowano nam tu karpia po niemodlińsku, przygotowywanego według rodzinnej receptury. Przyznam, że nie jestem fanką tej ryby, ale danie naprawdę mi smakowało. Pieczony karp z warzywami był niesamowicie delikatny i wcale nie miał charakterystycznego "mułowatego" posmaku.

Rybka lubi pływać, do obiadu podaną nam fantastyczną domową cytrynówkę. Na koniec wizyty, pod dyskotekową kulą dowiedzieliśmy się jak przygotować tego karpia. Chętnie przed świętami podzielę się recepturą, ale już teraz zapowiadam, że wprowadzę raczej kilka zmian i zrobię po swojemu np. zamiast margaryny wykorzystując masło. Tak czy siak, karp palce lizać i jestem pewna, że to danie może zaczarować nawet przeciwników tej ryby.

Karpiobranie na śniadanie
Staw Sangów
Magazyn wodny
Gdzie jest Wally? :) Zdjęcie: Łukasz Majchrowski z food2.pl
Gospodarstwo rybackie w Niemodlinie
Tu kręcono Jasminum
Tak powstaje karp po niemodlińsku
Hop do pieca!
Rybka lubi pływać
Cała porcja dla mnie!

Czy można spać w zamku Moszna?

Jeśli czytając w dzieciństwie Harry'ego Pottera marzyliście, aby chociaż przez jedną noc znaleźć się w Hogwarcie to koniecznie musicie odwiedzić zamek w Mosznej! Zamek zbudowany na przełomie XIX i XX wieku przez niemieckiego szlachcica Huberta Gustawa von Tiele Wincklera prezentuje się zjawiskowo! Znajduje się w nim aż 365 pomieszczeń i 99 wieżyczek.

Przyjechaliśmy do niego wieczorem i wybraliśmy się na "ekstremalne zwiedzanie", poznaliśmy sekrety mrocznych kątów, historię o Białej Damie, widzieliśmy podziemia zamku, piękną bibliotekę, imponujący gabinet Hrabiego z oryginalnymi meblami, a także nawiedzoną windę, która stanęła w dniu jego śmierci.  Z zewnątrz zamek prezentuje się jeszcze piękniej, warto wybrać się na spacer po ogrodach, odwiedzić stadninę koni i zachwycić się oranżerią.

W zamku znajduje się również restauracja, w której spróbowaliśmy zaskakującego dyniowego kompotu, pasztetu serwowanego z konfiturą żurawinową oraz z dyni (z dodatkiem kandyzowanej pomarańczy), a także polędwicę wieprzową w sosie cebulowym.

Noc nie należała do najspokojniejszych, budziłam się kilkakrotnie słysząc skrzypiącą podłogę. To pewnie przechadzająca się po zamku Biała Dama!

Opolski Hogwart
Zamek Moszna
Pasztet z konfiturą z żurawiny oraz z dyni

Szpyjzy, szparki i makówki - Śtantin

Następnym przystankiem na kulinarnym szlaku była restauracja Śtantin. To miejsce z historią, bowiem gospodę wybudowano mniej więcej w 1860 roku i od zawsze pełniła ważną funkcje w okolicy. Odbywały się tu wiejskie zebrania i wesela. Śtantin to kolejne słowo pochodzące z tamtejszej gwary, wołano tak na Konstantego Kuliga - właściciela gospody na początku XIX wieku. Obecnie restaurację prowadzi między innymi Pani Rozwita Miś, która serdecznie powitała nas gwarą białego śląska, kawą i regionalnymi słodkościami.

Spróbowaliśmy szpyrek, czyli kruchych ciasteczek przygotowywanych ze smalcem ze skwarkami z wytopionej słoniny, niezwykle słodkich "czekoladek" z mleka w proszku, świątecznej makówki i szpajzy. Ostatni deser to piana przygotowywania z ubitych białek w dwóch smakach - cytrynowym i kakaowym.

Banie (dynie)

Szpajzy, pszyrki i makówki

Nowoczesne śląskie smaki w Kluczborku

Szanuję tradycyjne smaki, chętnie poznaję regionalne potrawy i  później odtwarzam je w swojej kuchni. Zazwyczaj jednak do klasycznych potraw przemycam swój punkt widzenia, dlatego bardziej traktuję je jako inspirację. A ostatecznie z regionalnych produktów tworzę coś zupełnie nowego. Takiego spojrzenia na kuchnię śląską szukałam też w trakcie wyjazdu i się doczekałam!

W Hotelu Spałka w Kluczborku znajduje się trochę niepozorna restauracja Pasja. Szef kuchni Kamil Klekowski przygotował ucztę dla naszych zmysłów i zaskoczył świeżym spojrzeniem na trochę ciężką kuchnię śląską. Myślę, że śmiało mógłby robić karierę i rozwinąć się w Warszawie, czy w innym większym mieście.

Na przystawkę spróbowaliśmy musu z krupnioku (czyli śląskiej kaszanki) z dodatkiem regionalnego miodu z Wołczyna. Następne danie podbiło moje serce, idealnie doprawiony żurek, serwowany z domową białą kiełbasą, borowikami i pianką z maślanki Olewskiej. Na danie główne zaserwowano kaczkę sous-vide, puree z marchewki, karmelizowaną kapustę modro i sos demi-glace z dodatkiem aromatycznej pasty truflowej. Na koniec coś słodkiego - sernik z miodem z Wołczyna i lodami jagodowymi.

Szef kuchni - Kamil Klekowski
Krupniok
Kaczka sous-vide
Sernik z miodem z Wołczyna

Bez pracy nie ma kołoczy!

W okolicach Kluczborku znajduje się odrestaurowany pałac z XIX wieku. Mieliśmy okazję go zwiedzić od środka, jednak głównym celem wizyty w Pawłowicach były warsztaty pieczenia słynnego Kołocza Śląskiego.

Idealnie się złożyło, bo właścicielem obiektu jest cukiernik i prezes Stowarzyszenia Konsorcjum Producentów Kołocza Śląskiego - Beniamin Godyla. Nie mogliśmy zatem trafić na lepszego nauczyciela w tym temacie. 

Z ciastem drożdżowym pracuję na co dzień, zatem była niezwykle ciekawa czym konkretnie wyróżnia się Kołocz Śąski. Kiedyś wypiekano go w formie koła i właśnie stąd bierze się jego nazwa, ale obecnie ze względów praktycznych przerzucono się na prostokątne blachy. 

Aby ciasto drożdżowe stało się kołoczem musi spełnić kilka punktów: 
  • tworzyć trzy warstwy w postaci: ciasta drożdżowego, nadzienia i kruszonki
  • dolna warstwa ciasta drożdżowego musi mierzyć nie więcej niż 4,5 cm
  • ciasto drożdżowe musi być maślane
  • do wyboru nadzienie: sernikowe, makowe lub szarlotkowe
 Z kołoczem wiąże się sympatyczny zwyczaj, przed weselem młoda para odwiedza swoich przyszłych weselnych gości i obdarowuje ich kołoczem. Podobno tradycja przestrzegana jest do dziś, ale kołocz serwuje się w trakcie innych ważnych okoliczności np. na stypach, czy w trakcie Świąt, zatem gości on na stole w smutnych i wesołych wydarzeniach mieszkańców Opolszczyzny.

Najbardziej zasmakował mi kołocz z twarogiem, co prawda posiadał rodzynki, których nie akceptuję w sernikach, ale mimo to zjadłam go z ogromnym smakiem. Jeśli znajdą się zainteresowani, to mogę się podzielić przepisem :)

Kokoszki
Pieczemy kołocz!
Kładziemy kruszonkę - Zdjęcie Łukasz Majchrowski z food2.pl
Kołocz Śląski z masą makową

Zacisze nad Jeziorem Turawskim

Przez cały wyjazd wyczekiwaliśmy aż będziemy mogli skosztować gumiklejek na ziemi opolskiej. Jestem  kluskową dziewczyną, więc na kluski śląskie zacierałam rączki. Zaserwowano nam je na kolację w Hotelu Zacisze, w towarzystwie klasycznej rolady śląskiej oraz kapusty modro. Co prawda kluski te akurat nie miały charakterystycznych dziurek, ale turlały się w mięsnym sosie i zadowoliły moje podniebienie.

Rano przeszliśmy się na szybki spacer nad jezioro Turawskie, poza sezonem jest tam niezwykle spokojnie i jestem przekonana, że można tam wspaniale odpocząć rozkoszując się ciszą.

Rolada śląska, kapusta modro, gumiklejki
Jezioro Turawskie


Denver - ostatni dinozaur w Krasiejowie

W Krasiejowie odnaleziono ostatnie szczątki dinozaura, może to Was zaskoczyć, ale nie był to wcale Denver, a Silesaurus opolensis. Z tej okazji powstał tutaj JuraPark, to świetne miejsce na wycieczkę dla dzieci, bowiem park oferuje wiele rozrywek. Spacerowicze będą mieli sporo wrażeń mijając dinozaury odtworzone w skali 1:1. Jest tu też ciekawe muzeum paleontologiczne. 

Spacer między dinozaurami
Słodziaki odtworzone w skali 1:1

Do Opola!

Wisienką na opolskim torcie jest oczywiście stolica polskiej piosenki - Opole. Musieliśmy zatem obejrzeć koniecznie amfiteatr, niektórych zaskoczył wielkością, bowiem w telewizji wydaje się większy. Mi przypominał Operę Leśną w Sopocie, do której chętnie wracam jako mieszkanka Trójmiasta.

W Muzeum Polskiej Piosenki czekało nas sporo muzycznych atrakcji, mogliśmy cofnąć się w czasie, posłuchać ulubionych szlagierów i nagrać własny utwór w specjalnie przygotowanej budce.

Spacerując po mieście zwróciłam uwagę na cieszące oko kamienice i pojawiająca się w witrynach sklepowych opolska porcelana.

Na pożegnanie, w Hotelu Szara Willa zaserwowano nam soczyste żeberka z ciapkapustą (panćkrautem) - puree ziemniaczanym z zasmażaną kapustą kiszoną.

Most groszowy - Opole
Muzeum Piosenki Polskiej i pomnik Karola Musioła
Od przedszkola do Opola! Zdjęcie: Łukasz Majchrowski z food2.pl
Żeberka i ciapkapusta
Ceramika opolska

Dziękuję Opolskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej za zaproszenie na niezapomnianą wycieczkę, blogerom i dziennikarzom za miłe towarzystwo i oczywiście pani przewodnik Ninie Bober, która ubarwiła naszą podróż barwnymi opowieściami.To była wyprawa pełna nowych smaków i z pewnością jeszcze kiedyś na Opolszczyznę wrócę!




„Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich:
Europa inwestująca w obszary wiejskie” 
Za treść artykułu odpowiada Antonina Kolo
Instytucja Zarządzająca PROW 2014-2020 – Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi
Operacja współfinansowana jest w ramach Schematu II Pomocy Technicznej Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014-2020


Tosia

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...