wtorek, 23 sierpnia 2016

Sezon na pomidory: Pomidorowe podpłomyki


Jestem wyjątkowo mączną dziewczyną, gluten to mój wieloletni przyjaciel, razem pieczemy chleby, smażymy naleśniki, kręcimy ciasta, smażymy pączki i zagniatamy kluchy. Ah, prawie bym zapomniała o pizzy, nie ma dobrej pizzy bez glutenu. A czy da się zrobić pizzę bez drożdży? Znalazłam na to sposób, gdy mam mało czasu w kuchni.

Upodobałam sobie wszelkiego rodzaju podpłomyki. Robi się je naprawdę szybko, ciasto przypomina to na pierogi. Można je także czymś pokolorować, tak jak ja dziś passatą pomidorową i przyprawami. Podpłomyki robiłam już w wersji pszennej, orkiszowej, żytniej, piwnej, a nawet owsianej. Zazwyczaj wrzucam je na rozgrzaną żeliwną patelnię, a gdy nabiorą rumieńców, traktuję je trochę jak tortille lub tego typu placki i zawijam z ulubionymi składnikami. Zimą wykorzystałam do tego brukselkę i masło orzechowe.

Dziś jednak postanowiłam podpłomyki upiec. Miałam w koszyku wielobarwne pomidory, które dostałam na rynku w Sopocie od pana Krzysia (z ulubionego stoiska Śliwki). A ponieważ moją inspiracją była pizza dla leniwych, musiałam zrobić szybko jakąś bazę, czyli sos. Zmiksowałam musztardę francuską z miodem, sosem sojowym, orzechami ziemnymi, kolendrą i kminem rzymskim. Sos przykryłam pięknymi pomidorami, posypałam piórkami cebuli, wiórkami cheddaru oraz chrupiącymi orzeszkami. Wstawiłam do pieca i była to naprawdę szybka akcja, bo po 25 minutach od wejścia do kuchni miałam już gotowe mini pizze :)



Pomidorowe podpłomyki/ 4 sztuki
Ciasto:
  • 250 g mąki orkiszowej jasnej typ 700 lub pszennej typ 650
  • 2 łyżki topionego masła lub oliwy
  • 150 ml letniej wody
  • 2-3 łyżki passaty pomidorowej lub koncentratu
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryki
  • 1/2 łyżeczki ostrej papryki
  • łyżeczka soli
  • Sos:
  • 3 łyżki musztardy francuskiej
  • 2 łyżki miodu
  • 30  orzechów ziemnych
  • łyżeczka sosu sojowego
  • ząbek czosnku
  • łyżeczka posiekanej papryczki chilli
  • 1/2 łyżeczki ziaren kolendry
  • szczypta kminu rzymskiego
  • sól, pieprz
  • Wierzch:
  • 4 kolorowe pomidory
  • kilka plastrów sera cheddar
  • 1/2 małej cebuli
  • orzeszki ziemne
  • posiekana natka pietruszki
  1. Mąkę wsypujemy do misy, dodajemy sól, passatę, przyprawy, masło i letnią wodę. Wyrabiamy krótko całość jedynie do połączenia składników i osiągnięcia elastycznej kuli z ciasta.
  2. Przekładamy ją na oprószony mąką blat. Dzielimy na 4 części i każdą z nich delikatnie rozciągamy lub wałkujemy na dowolny kształt. Podpłomyki układamy na blasze wyłożonej pergaminem.
  3. Musztardę miksujemy z miodem, orzechami, sosem sojowym, posiekanym czosnkiem, chilli i przyprawami.
  4. Podpłomyki smarujemy sosem, dekorujemy plastrami pomidorów, piórkami cebuli, plasterkami sera i orzechami. Wkładamy na blasze do rozgrzanego piekarnika, pieczemy w 220 stopniach przez 15 minut.
  5. Upieczone podpłomyki serwujemy na ciepło posypane posiekaną natką pietruszki.
Tosia

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Śniadanie do łóżka #219: Jabłkowy budyń jaglany z owocami


Ah, co to był za szalony tydzień! Długi weekend spędziłam z Pawłem w Berlinie (mogliście śledzić na snapchacie i instagramie @tochabrocha), jeszcze w poniedziałek rano zjedliśmy owsiankowe śniadanie z Martą. We wtorek trudno było wrócić do rzeczywistości, a dzień zakończył się na grillowaniu z Ulą, której bloga czytam od 7, albo nawet 8 lat. Niesamowicie miłe spotkanie! W środę i czwartek wypadało w końcu wrócić do obowiązków dnia codziennego, taki plan był też na piątek, bo wiedziałam, że weekend znów będzie pełen emocji. Czekało nas wesele przyjaciółki. Jednak spontanicznie wylądowałam na śniadaniu ze Śliwką i Mintą w Sopocie. Dostałyśmy wtedy ze Śliwką cynk od przyjaciółki, że osoba, która miała piec ciasta na wesele nagle się rozchorowała.

Postanowiłyśmy wziąć sprawy w swoje ręce, chwile później wybierałyśmy już owoce na ryneczku, aby upiec 5 blach ciast. Nasze słodkie weselne menu to: cytrynowe serniki na spodzie kokosowym, brownie ze śliwkami (podobny przepis tu) i szarlotki z porzeczkami i kruszonką. Wyszły naprawdę nieźle, więc byłyśmy z naszego pogotowia cukierniczego burczymiwbrzuchu bardzo dumne.

Weekend upłynął na świętowaniu i w weselnym klimacie, było pięknie. A dziś rano znów czekało nas jeszcze jedno apetyczne spotkanie z Pauliną i Zosią. Był to zatem niezwykle udany tydzień, do tego bogaty w świetne spotkania z koleżankami blogerkami, które do tej pory znałyśmy tylko wirtualnie. Oby częściej przyjeżdżały do Trójmiasta :)

Wracam jednak do właściwego rytmu i z nowym przepisem na jabłkowy budyń jaglany. To pyszne śniadanie, które może także być waszym lunchem lub deserem. Wystarczy ugotować kaszę jaglaną w soku jabłkowym, zmiksować ją na w miarę gładki mus, ozdobić owocami i gotowe. Pyszne i zdrowe!


Jabłkowy budyń jaglany z owocami/ 2-3 porcje
  • szklanka suchej kaszy jaglanej
  • 3 szklanki soku jabłkowego
  • szczypta soli
  • figi, śliwki, jabłka, mięta, cynamon
  1. Kaszę wsypujemy do suchego garnka i krótko prażymy.
  2. Wlewamy 2 szklanki soku jabłkowego, dodajemy szczyptę soli i gotujemy na średnim ogniu, aż kasza wchłonie płyn (ok. 10-15 minut). Studzimy.
  3. Ostudzoną kaszę miksujemy z sokiem jabłkowym na nie do końca gładki mus.
  4. Budyń jaglany serwujemy z owocami, miętą i cynamonem.
 Tosia

wtorek, 16 sierpnia 2016

Sezon na młodą kapustę: Młoda kapusta z mleczkiem kokosowym i tofu




Jak smakuje szczęście? Nie mam pojęcia. Ale z dużym prawdopodobieństwem mogę stwierdzić, że blisko mu do smaku mleczka kokosowego.

Czy jest tu w ogóle ktoś, kto mleczka kokosowego nie lubi? Bo wydaje mi się to równie nieprawdopodobne jak istnienie ludzi którzy nie lubią truskawek (alergików nie liczymy). Ten pyszny płyn z kokosa ma tyle zastosowań i mam wrażenie, że w każdej konfiguracji smakuje jak niebo.

Wyobraźcie sobie deser, powiedzmy pudding kokosowy ze świeżymi sezonowymi owocami. Albo sernik, z lekkim kokosowym aromatem i białą czekoladą. A może wytrawniej? Curry w każdej postaci, tajskie zupy, krewetki, czy nawet krem z buraka. Mało tego, ostatnio dodałam mleczka do pieczarek i, choć zupełnie się tego nie spodziewałam, smakowały lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.

Ale to wszystko nic przy tym jak świetnie ten smak łączy się z młodą kapustą. A mam do niej ostatnio niezły sentyment. Bo jak już kupię całą wielką głowę, to pozostaje mi tworzyć, tworzyć i jeszcze raz tworzyć. Smakuje mi nawet lekko podsmażona z dodatkiem jedynie sosu sojowego. Gdy mam ochotę lekko ją podkręcić, dodaję sezam, a w najlepszej konfiguracji, oczywiście rzeczone mleczko z kokosa. Bo piękno nie wymaga wielu dodatków, zasadniczo tkwi w prostocie.

Jeśli chcecie zaś ze zwykłej przekąski lub dodatku wyczarować całkiem niezły obiad, po prostu skarmelizujcie tofu i dodajcie paski bezpośrednio do kapusty. Jest pysznie.

Młoda kapusta z mleczkiem kokosowym i tofu ( 2 porcje)

- 1/3 główki młodej kapusty
- 4 łyżki mleczka kokosowego
- 2 łyżki oleju sezamowego
- 2 łyżki czarnego sezamu
- 2 łyżki sosu sojowego
- 2 łyżki oleju kokosowego

- 300 g tofu
- 1,5 łyżki brązowego cukru
- 1 łyżka oleju kokosowego
- 1 łyżka sosu sojowego

  1. Najpierw przygotuj tofu. Pokrój je w paski. 
  2. Na patelni rozgrzej łyżkę oleju kokosowego i wrzuć tofu. Smaż aż zbrązowieje, a następnie dodaj brązowy cukier i łyżkę sosu sojowego. Smaż aż cukier się rozpuści i oblepi tofu (około 3 minuty).  
  3. Pokrój kapuste w paski. 
  4.  Rozgrzej 2 łyżki oleju kokosowego na patelni. Dodaj kapustę i smaż kilka minut, aż lekko zbrązowieje i trochę zmięknie (około 5 minut). Dodaj mleczko kokosowe i podduś jeszcze około 3 minuty. Zdejmij z ognia. Dodaj sos sojowy, czarny sezam i olej sezamowy i dobrze wymieszaj. 
  5. Podawaj w miseczce z tofu. 
Śliwka

czwartek, 11 sierpnia 2016

Śniadanie na plaży


Czy można zjeść porządne śniadanie w plenerze? Oczywiście, że tak, wystarczy tylko trochę dobrych chęci i przenośnych sprzętów. Z takiego założenia wyszliśmy w ostatni weekend, gdy w Sopocie pojawiła się Marta.

Właściwie, trzeba uczciwie powiedzieć, że wszystko zaczęło się od jej pomysłu. Spacerując po Gdyni spontanicznie udaliśmy się na halę i tam, między stoiskami, przekrzykiwaliśmy się co najlepiej smakować będzie na piasku. Kilka telefonów i skombinowaliśmy przenośny palnik, zapakowaliśmy kosze piknikowe i pełni nadziei na ładną pogodę umówiliśmy się rano na naszej ulubionej, niezaludnionej przez turystów części sopockiej plaży (którą zachowamy dla siebie, żeby dalej niezaludniona pozostała, hehe).


Co okazuje się najtrudniejsze? Czekanie. Wprawdzie każdy z nas przyzwyczaił się, że przy takim przedsięwzięciu robienie sesji będzie trwało znaaaacznie dłużej niż jedzenie, tylko niektórzy wpadli na to, żeby zjeść coś małego przed wyjściem. Zaczęło się więc podjadanie przygotowanych wcześniej gofrów i histeryczne wypijanie kawy, która okazała się pierwszym "daniem" jakie mieliśmy szansę degustować. Nie wiemy, czy to urok miejsca, w którym się znaleźliśmy, czy jakość składników i sposób wykonania (przez naszego dzielnego modela, baristę), ale kawa smakowała lepiej niż kiedykolwiek. I mimo wiatru dość szybko udało nam się ją zaparzyć, a nawet wyczarować aż trzy dolewki. Dla chcącego nic trudnego. 


Ale przechodząc do rzeczy, po dłuższym zastanowieniu postawiliśmy na dwie propozycje śniadaniowe. Zaczęliśmy od słodkiej owsianki, podstawowej wersji ugotowanej na mleku. Wzięliśmy ze sobą sporo świeżych owoców, z których dowolnie mogliśmy komponować smaki. W owsiance wylądowały więc maliny, czereśnie, winogrona, śliwki i gruszki. Całość wykończyliśmy miodem, (który z racji braku odpowiednich narzędzi, doczekał się znalezionego w pobliżu patyczka) i fantastyczną lawendą, którą Tosia tydzień wcześniej przywiozła ze sobą z uroczego Lawendowego Pola

Do ugotowania owsianki posłużył na emaliowany garnek i ten sam palnik, który sprawdził się w przypadku kawiarki. Poszło zadziwiająco szybko, nie zdążyliśmy się obejrzeć, a już w garnku pyrkała idealnie klejąca papka. Przeszliśmy więc płynnie do następnego etapu.


I jak zwykle postawiliśmy na sezonowe dobra, tym razem kurki. Usmażenie ich w warunkach polowych może wydawać się skomplikowane, ale zupełnie tego nie odczuliśmy. Palnik i dobrze rozgrzewająca się żeliwna patelnia zdały egzamin. Najpierw raczyliśmy się pięknym zapachem dymki smażonej na maśle (czujecie to?), później dołączyły kurki i spora porcja miodu, która nadała im świetnej słodyczy. Udało nam się nawet podlać je białym winem i wykończyć gałązkami rozmarynu. To cud, że doczekały do końca sesji, bo zdecydowanie zbyt często podchodziliśmy do patelni i wyjadaliśmy je jedna po drugiej.


Gofry to właściwie jedyna rzecz, którą wzięliśmy ze sobą w gotowej formie. Mimo szczerych chęci, nie udałoby się nam znaleźć plaży, na której można podłączyć do kontaktu gofrownicę. Ale to nic, mimo, że nie były ciepłe, ułożyliśmy na nich ciepłe elementy, które sprawiły, że cała potrawa przyjemnie rozgrzewała brzuchy, Albo może BY rozgrzewała, gdybyśmy nie poświęciły zbyt wiele czasu na jej fotografowanie. 

Jajka usmażyliśmy na maśle, podobnie jak kurki, na żeliwnej patelni. Udało się ją rozgrzać do tego stopnia, że jajka były gotowe dosłownie po dwóch minutach. Wylądowały przy gofrach w towarzystwie rzeczonych kurek. 


To śniadanie będzie niezapomniane. Świetnie się bawiliśmy przygotowując, jedząc i robiąc zdjęcia. Aż nabrałyśmy ochoty na więcej poranków w plenerze. Szkoda, że brakuje czasu na celebrowanie pierwszego posiłku w tak uroczy sposób każdego dnia. Ale wtedy nie byłby taki wyjątkowy! 

Poniżej znajdziecie przepisy, które możecie, tak jak my, odtworzyć w plenerze, lub po prostu w domowej kuchni. Tylko koniecznie zjedzcie je z kimś wyjątkowym, bo najlepiej smakuje w aromacie ciekawych rozmów, ze szczyptą lenistwa. 


 Owsianka Pawła:
-100 g płatków owsianych (pół na pół błyskawiczne z górskimi)
-300-350 ml mleka
-Szczypta soli
-Miód
-Ulubione owoce

1. Płatki wsypujemy do rondla, zalewamy mlekiem.
2. Dodajemy szczyptę soli i podgrzewamy na małym rondlu przez niecałe 5 minut, aż masa odpowiednio zgęstnieje.
3. Jeśli owsianka wyjdzie zbyt gęsta – dodajemy więcej mleka, jeśli zbyt rzadka – dosypujemy płatków owsianych.
4. Owsiankę serwujemy na ciepło lub zimno z sezonowymi owocami i miodem.


Gofry

-100 g mąki pszennej razowej 
-130 g mąki pszennej jasnej 
-300 ml mleka 
-2 jajka 
-75 g oleju rzepakowego 
 -1 łyżka cukru 
-1 płaska łyżeczka soli 
-1 łyżeczka ziaren kolendry 
-pół łyżeczki mielonego pieprzu 

1. Rozgnieć w moździerzu ziarna kolendry. 
2. Wszystkie składniki wrzuć do miski i pomieszaj trzepaczką, aż osiągną jednolitą konsystencję. 
3. Wylewaj około pół chochli bezpośrednio na gofrownicę i smaż. 
4. Serwuj z jajkiem sadzonym i kurkami.


Karmelizowane kurki:
-150 g oczyszczonych kurek
-4 łyżki posiekanej cebulki dymki
- łyżka miodu
- 3 łyżki białego wina
-gałązka rozmarynu
- łyżka masła klarowanego
-sól, pieprz

1. Na rozgrzanym maśle podsmażamy kilka minut cebulkę dymkę.
2. Dodajemy oczyszczone kurki i pocięty na mniejsze gałązki rozmaryn. Podsmażamy 5 minut, aż kurki puszczą wodę.
3. Kurki przyprawiamy solą i pieprzem, dodajemy miód, krótko karmelizujemy. Na koniec wlewamy wino i dusimy jeszcze 2-3 minuty do momentu jak wyparuje.
4. Karmelizowane kurki podajemy na gofrach z jajkami sadzonymi.




Śliwka i Tosia

wtorek, 9 sierpnia 2016

Sezon na śliwki: Leniwe knedle ze śliwkami


Jakbym miała wskazać ulubiony smak sierpnia z czasów dzieciństwa to bez żadnych wątpliwości byłyby to knedle. Jestem ich wielką miłośniczką, lecz muszę się przyznać, że jako mała Tosieńka czasem zostawiałam śliwki. Wiem, że to skandal, ale niektóre były dla mnie za kwaśne, a najbardziej wielbiłam ciasto! Im więcej ciasta, tym lepiej. Najsmaczniejsza była oczywiście część lekko już zaznaczona obecnością śliwki i cukru.

Niestety moi drodzy, ale nie ma dobrych knedli bez cukru, nie będzie tu miejsca na fit kompromisy. Może jedynie taki, że sięgnęłam po cukier trzcinowy, łyżeczka powędrowała do ciasta, do śliwek w środku, do bułki tartej i do śmietany. W sumie symboliczne 4 łyżeczki, a jak wiele zmieniają.

Wciąż się ślinię na wspomnienie ziemniaczanych knedli mojej mamy, nie jadłam już ich chyba z 10 lat! Sama ulepiłam ich leniwą wersję, czyli twarogową. Dostałam w prezencie od babci rewelacyjny twaróg śmietankowy, mogę nawet zdradzić, że pochodzi z mleczarni Śnieżka. Jeśli potraficie odróżnić porządny twaróg od byle jakiego to będziecie nim zachwyceni. Także twarogowymi knedlami :)




Leniwe knedle ze śliwkami/ 8-10 sztuk
  • 350 g półtłustego twarogu (u mnie śmietankowy)
  • 200 g mąki pszennej
  • jajko
  • łyżeczka cukru trzcinowego
  • szczypta soli
  • Farsz:
  • 4-5 śliwek
  • łyżeczka cukru trzcinowego
  • szczypta cynamonu
  • Bułka tarta:
  • 6 łyżek bułki tartej
  • 2 łyżki masła klarowanego
  • łyżeczka cukru trzcinowego
  • Śmietana:
  • 5 łyżek kwaśnej śmietany
  • łyżeczka cukru trzcinowego
  • szczypta cynamonu
  1. Białko ubijamy na sztywną piane. Twaróg zgniatamy widelcem lub tłuczkiem do ziemniaków, dodajemy żółtko, mąkę, cukier, sól. 
  2. Dodajemy białko i dokładnie mieszamy do połączenia w zwartą kulę.
  3. Śliwki kroimy na połówki i posypujemy cukrem.
  4. Ciasto dzielimy na 8-10 części. Dłonie oprószamy mąką, każdą część delikatnie spłaszczamy, na środku umieszczamy połówkę śliwki, boki ciasta zbieramy ku środkowi i formujemy kulę.
  5. Tak uformowane knedle gotujemy w posolonej, wrzącej wodzie przez ok. 8 minut.
  6. Na patelni topimy masło, dodajemy bułkę tartą i cukier, podsmażamy aż się zarumieni.
  7. Śmietanę łączymy z cukrem i cynamonem.
  8. Odsączone z wody knedle serwujemy z bułką tartą i śmietaną.
Tosia

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Gdzie zjeść śniadanie w Gdyni


Naszą przygodę z testowaniem trójmieskich śniadaniówek zaczęłyśmy już grubo ponad rok temu, jednak tego typu knajpy powstają jak grzyby po deszczu, a my cały czas miałyśmy w głowie chęć stworzenia pełnego, trójmiejskiego przewodnika, który w sprawiedliwy sposób potraktowałby wszystkie miasta. Tymczasem okazało się, że pierwszy posiłek dnia najczęściej i najchętniej jemy w Gdyni. W związku z tym, aby nasze obiecanki nie stały się cacankami, podzielimy nasz cykl na kilka części, a pierwszą zaczniemy od samej Gdyni.

Gdynia naszym zdaniem pozytywnie odstaje kulinarnie od pozostałych trójmiejskich miast. Od kilku lat stała się kolebką nowoczesnej, eksperymentalnej kuchni. Znajdziemy tam zarówno eleganckie restauracje na kolację, jak i bistra oferujące proste, pyszne jedzenie i hipsterskie knajpy eksperymentujące z klasyką. Sopot dopiero niedawno gastronomicznie budzi się do życia, choć typowo turystycznych miejscówek jest tu na pęczki. A do Gdańska jakoś nie możemy się przekonać. Nie wiemy, czy mamy pecha, czy po prostu to miasto ma dopiero kulinarny boom przed sobą. Oby, bo przecież ma niezwykły potencjał.

Poniżej prezentujemy wam nasze ulubione gdyńskie śniadaniówki. Przetestowałyśmy ich trochę, ale zostajemy przy tej złotej szóstce. Choć w niektórych raz jest lepiej, raz nieco gorzej, z ręką na sercu poleciłybyśmy je przyjezdnym na długie, leniwe śniadanie.

Główna Osobowa
(ul. Abrahama 39)


To nasza absolutna czołówka, nie tylko na śniadanie, ale również na lunch. Knajpa o pięknym, nowoczesnym wnętrzu, z sukcesem eksperymentująca z klasyką. GO dba, aby menu zmieniało się na tyle często, żeby klienci nie zdążyli się znudzić śniadaniowymi propozycjami, stąd ciężko nam wskazać ulubione danie. Aktualnie w menu znajdziecie przysmaki od klasycznej jajecznicy, białych kiełbasek i naleśników z twarogiem, po już mniej oczywiste kanapki carbonara, grzanki z sardynkami, czy sałatkę z kaszy jaglanej. A w sezonie letnim z całego serca polecamy niedzielny brunch na znajdującym się na tyłach knajpy patio. Celebrowanie śniadania wyjątkowo wpisuje się w gdyński, sąsiedzki klimat.

Chwila Moment
(ul. Świętojańska 30)


Również na naszym osobistym podium już od kilku lat. Restauracja podzielona na typowo śniadaniową Chwilę i znajdujący się na pierwszym piętrze obiadowy Moment. My najczęściej biesiadujemy właśnie na dole, a latem w wystawionym przed restauracją ogródku. Kolorowa, mała dziupla z domowym pieczywem ma jedno z bardziej obszernych i ciekawszym menu. Niegdyś nasze serce skradła "hiszpańska grzana", czyli zapiekanka z serem, chorizo i pomidorami, która niestety już jakiś czas temu zniknęła z repertuaru (żądamy powrotu hiszpańskiej grzany!), teraz wybieramy najczęściej słodkie pain perdu, czyli tosty francuskie z chałki z syropem klonowym, owocami i kwaśną śmietaną, lub na słono panini z wołowiną, topionym serem i karmelizowaną cebulą.
Na miłośników klasyki czeka oczywiście jajecznica, portobello (wariacja na temat śniadania angielskiego) czy owsianka z owocami. Mniej zatwardziali tradycjonaliści mogą postawić na jajka po benedyktyńsku (na brioszce, idealne!), szakszukę czy jajecznicę na croissancie.

Aleja 40
(Aleja Piłsudskiego 40)


Jak sama nazwa wskazuje lokal znajduje się na Alei (Piłsudzkiego). Najłatwiej trafić tam rozpoczynając spacer spod Urzędu Miasta w stronę nadmorskiego Bulwaru. Wnętrze cieszy oko, chociaż latem bardziej kusi ogródek w odcieniach szarości. Oferta śniadaniowa w karcie jest wyjątkowo rozbudowana, więc każdy tutaj powinien znaleźć coś dla siebie. Niektóre propozycje są bardzo fit np. pełnoziarnista granola wypiekana na miejscu, kasza jaglana na słodko lub na słono (z burakiem) czy hummus. Znajdziemy też pełne zestawy śniadaniowe z różnych stron świata: polskie, angielskie i włoskie, które składają się z jajek, pieczywa i dodatków.
Trafik
(skwer Kościuszki 10)


Jeśli dobrze kojarzymy i pamięć nas nie myli Trafik jest już w Gdyni jakieś 7, może 8 lat. Jak widać świetnie sobie radzą, bo po tylu latach wciąż mają wielu miłośników. My również chętnie tam wpadamy na śniadania. Karta co jakiś czas się zmienia, ale zawsze można zjeść tu dobre jajka, które są podstawą większości zestawów. Możecie skusić się na śniadanie polskie (z jajecznicą i twarożkiem), gdyńskie (z sadzonym i parówkami), angielskie (z sadzonymi, kiełbaskami i bekonem) oraz prowansalskie (jajka pieczone na szpinaku, sos z kozim serem, focaccia). Godne uwagi są też wariacje na temat "english muffin", czyli maślane bułeczki z jajkiem sadzonym i np. bekonem oraz szpinakiem lub pastą z tuńczyka. Do wyboru także owsianka gotowana na wodzie, mleku krowim lub migdałowym.

Bliżej
(Plac Kaszubski 1a)



Do Bliżej mamy całkiem blisko, chociaż przyznajemy, że jakoś tak wyszło, że ostatnio nie jest nam tam po drodze. Knajpa znajduje się na Placu Kaszubskim i podobnie jak Chwila Moment, podzielona jest na dwa piętra. Polecamy usiąść u góry, aby popijając lemoniadę (z hipsterskiego słoika) podziwiać ulicę Świętojańską. W Bliżej możecie rozpocząć dzień w klasycznym stylu, z grillowanymi frankfurterkami lub jajecznicą. Lokal znany jest także z wypasionych kanapek, szczególnie zapadają w pamięć czarne bułki barwione atramentem kałamarnicy. Warto skusić się też na smoothie albo posiedzieć dłużej i zamówić deser.

Fedde Bistro
(ul. Świętojańska 43)


Fedde Bistro widnieje na mapie Trójmiasta dopiero od kilku tygodni, ale można śmiało powiedzieć, że już zaczyna się wyróżniać na tle innych miejscówek, szczególnie pod względem designu, zarówno wnętrza jak i eleganckiego ogródka,
Odwiedziłyśmy Fedde pierwszy raz zaledwie kilka dni temu, ale widzimy w tym miejscu spory potencjał, więc zdecydowałyśmy się na spontaniczne umieszczenie bistra w naszym gdyńskim przewodniku. Wszystko przez pyszne jajka po benedyktyńsku i crepes z mascarpone i sezonowymi owocami, które były naprawdę przepyszne. Podpadli nam nieco nieogarniętą obsługą, niesynchronicznym wydawaniem posiłków i zbyt wysokimi cenami kawy, ale jesteśmy przekonane, że nasza pierwsza wizyta nie będzie ostatnią.

Tosia i Śliwka

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...