środa, 29 kwietnia 2015

Słoneczna Toskania

Buongiorno! Dopiero wracam do rzeczywistości po kilkudniowych (w pełni zasłużonych!) wakacjach w słonecznej Italii. Obserwatorzy na moim Instagramie (@tochabrocha) pewnie już widzieli kilka zdjęć, ale mam nadzieję, że chętnie wybierzecie się ze mną w małą podróż po Toskanii. Zapakujcie w plecaki suchy prowiant i dobre humory - ruszamy na wycieczkę :)

Początkowo planowaliśmy wybrać się do Porto, a przy okazji odwiedzić Lizbonę. Znaleźliśmy przez przypadek dosyć tanie bilety lotnicze do Pizy i spontanicznie podjęliśmy decyzję, że wybieramy się do Toskanii. Na miejscu wypożyczyliśmy samochód, aby móc się swobodnie przemieszczać po malowniczej krainie.

Ustaliliśmy, że każdej nocy (było ich niestety tylko 4) będziemy spali w innym miejscu, a rezerwacją hoteli zajmowaliśmy się z samego rana, gdy mieliśmy jeszcze dostęp do wifi. Kulinarnie starałam się nie mieć ogromnych oczekiwań, chciałam spróbować typowej włoskiej kuchni, poznać trochę regionalnych smaków i skosztować domowej kuchni. Dlatego wybierając restauracje nie szukałam recenzji w Internecie, bo trudno ufać anonimom, którzy mogą mieć fatalny gust.

Wybierałam knajpki sprawdzając menu i szukając wzrokiem lokalesów. Często kierowałam się zasadą - im mniej turystów, tym lepiej, a jedzenie bardziej autentyczne. Trochę ryzykowałam, ale dzięki temu nie było nudno, kilka dań pozostawiło na moim podniebieniu smak rozczarowania, inne powaliły z nóg :)

Wzrokowcy powinni poniżej zadowolić się podróżą w formie zdjęć, a zainteresowanych Toskanią odsyłam do lektury. Przy każdym miejscu, które odwiedziliśmy zostawiłam kilka słów od siebie. Wyszły z tego prawdziwe pamiętniki z wakacji!


Piza:

Piza nas nie zaskoczyła, spodziewaliśmy się, że to typowo turystyczne miasto. Krzywa wieża robi wrażenie, a obserwowanie ludzi, którzy śmiesznie pozują do zdjęć to obowiązkowy przystanek. Oczywiście my też nie mogliśmy sobie odmówić tej klasycznej atrakcji :) Chociaż wieża prezentowała się zdecydowanie przyjemniej wieczorem, gdy na placu wokoło nie było żywej duszy.

Po przylocie wybraliśmy się na miasto z burczącymi brzuchami ok. godziny 23, uliczki były zupełnie puste, wszystkie knajpy pozamykane na cztery spusty, nawet w restauracji "pod złotymi łukami" można było jedynie pocałować klamkę, więc nie mogliśmy zacząć włoskiej przygody od "makzbrodnii". Dopiero kierując się w stronę rzeki można było spotkać imprezowiczów i obadać kilka otwartych lokali.

Następnego dnia oswajałam się z włoskim klimatem, a nogi prowadziły mnie szczególnie w kierunku małych ulicznych warzywników, gelaterii, w których jedliśmy niesamowite lody i knajpek, z których unosiły się cudowne aromaty. Zmęczeni turystami udało nam się schować w ogrodzie botanicznym, w którym przyjemnie się chodziło podziwiając zioła i odkrywając nowe gatunki kaktusów. Następnie zrobiliśmy w parku mały piknik, kupiliśmy na wynos kawałek focacci, calzone i fantastyczne marynowane oliwki. Następnie uciekliśmy nad morze :)

Tiramisu czy czekolada?
W drodze na targ
Krzywo to widzę
Tajemniczy ogród
Między bambusami
Kaktusiarnia
Żółwie Ninja!
Viareggio:

Myśląc o wakacjach wciąż zadajecie sobie pytanie "W góry czy nad morze?" - Viareggio będzie cudownym kompromisem. Spacerując brzegiem morza Tyrreńskiego można obserwować pasmo gór Alp Apuańskich i rozkoszować się niespotykanym widokiem. Po drodze spotkaliśmy okolicznych miłośników owoców morza, wyciągających z wody świeże mule. Na miejscu zjecie talerz frutti di mare za 7 euro.

W Viareggio starsi panowie wyruszają na ryby w eleganckich strojach, a młodzieńcy z delikatnym wąsem spacerują po nadmorskiej promenadzie trzymając z jednej strony swoje kaski od skuterów, a z drugiej strony obejmując swoje pierwsze dziewczyny.


Na wakacje w góry czy nad morze?
Świeżo złowione mule
Lucca:

Drugiego dnia postanowiliśmy spać w rodzinnym miasteczku Pucciniego, zwanym Lucca. Spacerując wąskimi uliczkami można się zakochać w prawdziwie toskańskim klimacie. W Lucca widać, że życie toczy się sprawami codziennymi, na placach panowie godzinami dyskutują na poważne tematy, w okiennicach wisi kolorowe pranie, a z balkonów poszczekują radośnie psy. Takich scen zabrakło trochę w Pizie, tak jakby wszystko kręciło się tam tylko z myślą o turystach. Wieczorem wszyscy siedzą w knajpkach i piją Spritza głośno się przekrzykując.

Poranek powitaliśmy w magicznej 300-letniej kamienicy, do której dostaliśmy się przechodząc przez mostek między budynkami, mieliśmy pokój z widokiem na mikroskopijny dziedziniec. Na śniadanie zaserwowano nam brioche (tak naprawdę to po prostu croissanty), do wyboru prosciutto crudo, ricotta, pomidory, crema di nocciole (krem z orzechów laskowych) i arancia marmellata (marmolada pomarańczowa). Najedzeni i zadowoleni wybraliśmy się na najlepsze lody, jakie jedliśmy w ciągu całej wyprawy (pistacja + panna cotta) i wyruszyliśmy w stronę Florencji.

Buongiorno!
Mury obronne
Wasze zdrowie!
Florencja:

W drodze do Florencji zatrzymaliśmy się spontanicznie w jakimś małym miasteczku. Trafiliśmy do lokalnej knajpki akurat w środku siesty. W tym czasie nie obowiązywała karta menu ze stałymi cenami, dostaliśmy jedynie ręcznie pisane karteczki z nazwami potraw, które możemy zjeść. Po prawie 40 minutach otrzymaliśmy torttelini z mięsnym sosem ragu, penne w sosie grzybowym z parmezanem, pieczony i marynowany w rozmarynie rostbef, klasyczną insalatę mistę (sałatkę) i toskański chleb. Wszystkie dania były smaczne, czuć było, że są przygotowywane po domowemu. A w restauracji wszyscy goście się znali, jakby byli rodziną i przyszli na obiad do babci. Jedynym smutkiem był dla mnie chleb, który w Toskanii wypieka się bez soli, bez skropienia go oliwą trudno go zjeść, nie ma w sobie smaku.
 
Mijając kilkadziesiąt rond i drogi bez pasów dotarliśmy do celu. Przedmieścia Florencji nie są tak urocze jak małe i nikomu nieznane toskańskie miasteczka. Zanim trafiliśmy do centrum byłam trochę rozczarowana okolicą. Stare miasto robi już znacznie lepsze wrażenie, ale w słoneczny dzień jest wyjątkowo męczące przez wchodzących pod nogi turystów. Trudno na nich narzekać, sama byłam turystką :)

Tutaj miałam okazję zjeść niesamowite Tiramisu, które zwaliło mnie z nóg, a Paweł rozkoszował się smakiem podobno najlepszego espresso jakie pił. Po słynnej kruchej rurce Cannoli na chwilę zapadłam w śpiączkę cukrową, chyba to był mój pierwszy i ostatni raz z tym deserem, ale cieszę się, że spróbowałam.

Odejmując przerwy, po mieście chodziliśmy przez 6 godzin, pod koniec dnia już nie czułam nóg, więc zrobiliśmy mały postój na panini z salami, czosnkowym bakłażanem i mozzarellą.

Następnego dnia, od przebudzenia zacierałam rączki, aby wybrać się na lokalne targowisko. Nawiązaliśmy dłuższą rozmowę z natrętnym, lecz sympatycznym sprzedawcą, który dał nam posmakować kilka niezwykłych rarytasów. Nie jestem miłośniczką gorgonzoli, ale ta kremowa konsystencja na kawałku bagietki, zagryzana świeżym groszkiem zdobyła moje serce. Próbowaliśmy też słynnej porchetty, różnych gatunków salami oraz oczywiście prosciutto, w wersji crudo oraz cotto. Zakupiliśmy świeże karczochy z myślą o prezentach dla bliskich oraz marynowane do podjadania na miejscu.

Dolce vita! Najlepsze tiramisu jakie jadłam
Po lewej zapomniany kościół, po prawej Santa Maria del Fiore
Włoski pantoflarz
Na straganie w dzień targowy..
..takie słyszy się rozmowy!
Modnisia na targu

Cannoli - po zjedzeniu jednej rurki zapadłam w śpiączkę cukrową
Kraina wina - Chianti

Ostatni dzień spędziliśmy podróżując po krainie płynącej winem i oliwą. Podróż samochodem po malowniczym regionie to czysta przyjemność. Zatrzymywaliśmy się często, bo co chwilę znajdywałam nowe miejsce prezentujące się jak pocztówka z wakacji, które koniecznie musiałam sfotografować. Zielone wzgórza porośnięte winoroślą, oliwkowe gaje i urocze stare ville pieściły oczy.

Zatrzymaliśmy się w villi Vignamaggio z niesamowitym widokiem, gdzie wymarzyłam sobie wypicie chociaż lampki wina, niestety natrafiliśmy na sporą wycieczkę, która zajęła całą restaurację. Udało nam się zaprzyjaźnić z kelnerem, który zorganizował nam stolnik na pustym tarasie i przygotował antipasti. Popijaliśmy je winem wyprodukowanym przez właściciela Villi oraz ich własną domową oliwą, która była niezwykle delikatna i przyjemnie łaskotała podniebienie. Zachwycił mnie również toskański ser Pecorino z owczego mleka. Do pełni szczęścia na talerzu brakowało mi już tylko marynowanych karczochów. Jak się później okazało, w villi podobno urodziła się Mona Lisa :)

W oliwkowym gaju
Ruiny w pustym miasteczku
Będzie wino!
Widok z villi Vignamaggio,
 w której urodziła się Mona Lisa


Siesta
Antipasti z widokiem na krainę Chianti
Colle di Val d'Elsa:

Zmęczeni turystycznymi szlakami, postanowiliśmy spędzić ostatnią noc w sennym miasteczku. Znów zachwyciły mnie tajemnicze uliczki i mury, które sporo widziały. Właścicielka pensjonatu poleciła nam miejscową knajpkę, w której zjedliśmy ostatnią kolację w otoczeniu lokalesów, pizzę Capriciosę oraz kremowe risotto z orzechami włoskimi i musem paprykowym, oczywiście popijając winem domu. Rano wróciliśmy do Pizy na lotnisko i pożegnaliśmy się z ziemią włoską.

Śpiące miasteczko
Pizza w otoczeniu lokalesów smakuje inaczej :)

Polecam wszystkim wyprawę do Toskanii, bardzo żałuję, że byłam tam tak krótko. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę!

Tosia

3 komentarze:

  1. Pięknie, aż czułam smak tych smakołyków :)
    A moimi faworytami są włoski pantoflarz i modnisia na targu!

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny post, podróż musiała być wspaniała! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niby parę miesięcy temu byliśmy w Toskanii, ale już przy zdjęciu winka i przekąsek z widokiem na Chianti to ogarnęła mnie fala niepohamowanej zazdrości... Piękne zdjęcia, chce się tam być.

    OdpowiedzUsuń

Ze względu na sporą ilość przychodzącego spamu, byłyśmy zmuszone włączyć na kilka dni weryfikacje obrazkową.
Z góry przepraszamy za utrudnienia przy komentowaniu :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...